Krzysztof Turzański
całkiem subiektywnie:



pozostałe felietony :: strona główna

Turzański na prezydenta


kwiecień 2008

Wbrew pozorom to nie zachęta do siłowej konfrontacji. Chodzi raczej o zdrową rywalizację. I to prezydent Stanisław Korfanty pierwszy rzucił rękawicę. Nie mogłem postąpić inaczej - musiałem ją podjąć. A ponieważ najlepszą obroną jest atak - twórczo rozwinąłem koncepcję i wchodzę do gry.
Zawsze byłem zwolennikiem zasady, że każdy powinien robić to, na czym się zna. Ostatnio jednak na rynku prasowym coraz ciaśniej. W „Głosie Piekarskim” prezydent Stanisław Korfanty pisze już nie tylko „słowo od siebie”, ale i teksty “dziennikarskie”. Rywalizację podejmuję i pozwalam sobie polemizować z prezydentem na łamach „Przeglądu Piekarskiego”. Polecam lekturę nie tylko PP, ale również Głosu. Im szerszy punkt widzenia - tym lepiej. A kto wyjdzie z tego starcia obronną ręką - to juz ocenią Czytelnicy.
Jednak polemika dziennikarska to za mało. Jak prezydent wchodzi w pole działania dziennikarzy, to co pozostaje dziennikarzom jak nie wejść w pole działania prezydenta? Polityka i władza podobno jest jak narkotyk, więc jak prezydent może być dziennikarzem, to dziennikarz może być prezydentem. Nie widzę przeszkód. Krzysztof Turzański może być prezydentem. Wybory tuż, tuż...
Stanisław Korfanty jest doświadczonym politykiem, Krzysztof Turzański jest doświadczonym dziennikarzem. Z pewnością emocji nie zabraknie. Zaczynamy od razu, bo muszę oswoić się z tą myślą, skrzyknąć młodych, gniewnych, ideowych i zaczynamy. I chociaż Ędward Ącki się wycofał, to my potraktujemy sprawę poważnie...
I niech ktoś powie, że w Piekarach Śląskich wieje nudą. Co dzień, to niespodzianka. Zanim jednak przyjdzie czas czytania ulotek i obietnic wyborczych, a więc wciskania ludziom kitu, zachęcam do lektury „Przeglądu Piekarskiego”. Bo każdy ma prawo wiedzieć, co dzieje się w jego mieście. Wszystko. Bez cenzury i ograniczeń. Bez słusznego punktu widzenia. A jak Turzański jest w błędzie? Zawsze można wybrać inną, politycznie słuszną drogę. W końcu wolność wyboru jest najważniejsza.




Zobacz Inne felietony:
Turzański na prezydenta
Status quo
Dupa zbita
Jedna, jedyna, najpiękniejsza
Róbta co chceta
Czekam na cud
Rządy głupców
Quo vadis?
Konkursowe lato
Polityczny młyn
Facet to świnia
Bo to mnie kręci
Ostra jazda
Coś optymistycznego
TURZAŃSCY W NAWIASIE czyli cierń w dupie naczelnej
Jest źle, a będzie gorzej...
Wściekły i zły
Wściekły i zły
I kto tu jest bezczelny?
Złodziejskie metody
Prawdziwa "droga" sensacja
Sztuka czytania
Klapki na oczach
Złośliwa świnia
Mission impossible
Niech to szlag
Oko za oko
Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem
Na linii ognia
Niebo czy piekło?
Zaszumiało, zahuczało...
Pranie mózgu
Kręgosłup moralny
Chory kraj, chore miasto
Śmierdząca...zieleń

powrót :: strona główna

Turzański na prezydenta


kwiecień 2008

Wbrew pozorom to nie zachęta do siłowej konfrontacji. Chodzi raczej o zdrową rywalizację. I to prezydent Stanisław Korfanty pierwszy rzucił rękawicę. Nie mogłem postąpić inaczej - musiałem ją podjąć. A ponieważ najlepszą obroną jest atak - twórczo rozwinąłem koncepcję i wchodzę do gry.
Zawsze byłem zwolennikiem zasady, że każdy powinien robić to, na czym się zna. Ostatnio jednak na rynku prasowym coraz ciaśniej. W „Głosie Piekarskim” prezydent Stanisław Korfanty pisze już nie tylko „słowo od siebie”, ale i teksty “dziennikarskie”. Rywalizację podejmuję i pozwalam sobie polemizować z prezydentem na łamach „Przeglądu Piekarskiego”. Polecam lekturę nie tylko PP, ale również Głosu. Im szerszy punkt widzenia - tym lepiej. A kto wyjdzie z tego starcia obronną ręką - to juz ocenią Czytelnicy.
Jednak polemika dziennikarska to za mało. Jak prezydent wchodzi w pole działania dziennikarzy, to co pozostaje dziennikarzom jak nie wejść w pole działania prezydenta? Polityka i władza podobno jest jak narkotyk, więc jak prezydent może być dziennikarzem, to dziennikarz może być prezydentem. Nie widzę przeszkód. Krzysztof Turzański może być prezydentem. Wybory tuż, tuż...
Stanisław Korfanty jest doświadczonym politykiem, Krzysztof Turzański jest doświadczonym dziennikarzem. Z pewnością emocji nie zabraknie. Zaczynamy od razu, bo muszę oswoić się z tą myślą, skrzyknąć młodych, gniewnych, ideowych i zaczynamy. I chociaż Ędward Ącki się wycofał, to my potraktujemy sprawę poważnie...
I niech ktoś powie, że w Piekarach Śląskich wieje nudą. Co dzień, to niespodzianka. Zanim jednak przyjdzie czas czytania ulotek i obietnic wyborczych, a więc wciskania ludziom kitu, zachęcam do lektury „Przeglądu Piekarskiego”. Bo każdy ma prawo wiedzieć, co dzieje się w jego mieście. Wszystko. Bez cenzury i ograniczeń. Bez słusznego punktu widzenia. A jak Turzański jest w błędzie? Zawsze można wybrać inną, politycznie słuszną drogę. W końcu wolność wyboru jest najważniejsza.

powrót :: strona główna

Status quo


marzec 2008

Entliczek, pętliczek, na kogo wypadnie, na tego bęc. Coś trzeba zlikwidować. Jak nie gimnazjum, to podstawówkę. Jak nie szkołę, to chociaż przedszkole. A najlepiej trzy. I nic dziwnego, że w mieście grzmiało. Były spotkania, krzyki, protesty, petycje i transparenty. Była nawet blokada drogi. Nauczyciele, rodzice i uczniowie walczyli w obronie swoich szkół. Wszyscy mieli argumenty, alternatywne pomysły, lepsze rozwiązania i pretensje do władz miasta. Wszyscy walczyli o swoje. I wszyscy wyszli z tej walki zwycięsko, a jednocześnie wszyscy przegrali.
Co do tego, że zmiany w piekarskiej oświacie są konieczne – przekonani są właściwie wszyscy. Problem tkwi w szczegółach i tu nie udało się osiągnąć kompromisu. A na tym stracimy wszyscy. Zawaliły władze miasta, którym nie tylko nie udało się przygotować kompleksowego programu zmian, ale także zabrakło czasu i argumentów w dyskusji. Zmieniające się z dnia na dzień pomysły i uchwały przedstawiane „za pięć dwunasta” nie przekonały ani radnych, ani mieszkańców. Z boku wszystko wyglądało tak, jakby ktoś strzelał na chybił-trafi ł. I prawdopodobnie właśnie dlatego nie udało się zmian przegłosować.
Co ciekawe – Kuratorium Oświaty jest zdania, że założenia wiceprezydent Jolanty Gottwald były dobre, problem tylko w tym jak je zrealizowano. Konretne projekty uchwał do kuratorium nie dotarły, więc nie ma konkretnych opinii. Jedno natomiast przedstawicie kuratorium przyznają – problem przekonania mieszkańców i radnych do proponowanych zmian to problem władz miasta.
Koncepcje i założenia były, ale nie do końca przemyślane, nieprzedyskutowne, za słabo udokumentowane i pozbawione konkretów. Zabrakło dyskuskusji z środowiskiem nauczycieli, z rodzicami, a także… z radnymi opozycji. I efekt jest jaki jest. Prezydent może mieć pretensje tylko do siebie, a swoją zapowiedź „swój program zrealizuję sobie sam” musi jednak schować do szufl ady i zacząć rozmawiać z ludźmi. Bo mieszkańcy mają po prostu żal, że nie przychodzi z nimi rozmawiać o trudnych tematach. Na rok szkolny 2008/2009 mamy zachowane status quo.
Pytanie co dalej? Być może warto już dziś zacząć dyskusję i przygotowywać projekty do realizacji. A może jakiś kompleksowy plan, o który zawsze pytam, a którego po prostu nie ma? Może warto pomyśleć o komisji edukacji? Jest pomysł na zespół szkolno-przedszkolny w Brzezinach Śląskich, który warto rozważyć, bo wyszedł ze strony rodziców i jest na to zgoda całego środowiska. To szansa, którą władze powinny wykorzystać. Teraz, a nie w lutym przyszłego roku.

powrót :: strona główna

Dupa zbita


luty 2008

W Piekarach Śląskich raz na jakiś czas okazuje się, że są rzeczy, które można robić na opak i nikomu to nie przeszkadza. Nawet jak coś zaczyna się od dupy strony, to i tak w zamierzeniu pomysłodawców ma przynieść pozytywne efekty. Mam nieco wątpliwości w tej sprawie, ale cóż...
Tym razem radni postanowili według pomysłu prezydenta restrukturyzować piekarskie biblioteki. Plan jest prosty. Radni zabrali bibliotece 200 000 złotych i postanowili zobaczyć, co z tego faktu wyniknie. Plan na piątkę. Ciekaw jestem, ile czasu chłopakom zajęło obmyślanie takiego posunięcia. Jestem dumny z faktu, że myślą perspektywicznie i wybiegają myślą w przód.
Cieszy mnie fakt, że radni nie są przeciwko likwidacji bibliotek. Co prawda zdają sobie sprawę, że 200 000 złotych mniej to konieczność likwidacji pięciu fi lii biblioteki, ale... może dyrektorka coś wymyśli. Bo przecież dziś niczego nie zamykamy. A jak już zabraknie pieniędzy, to wtedy się dorzuci jakiś ochłap albo wtedy się zamknie.
A wszystko dlatego, jak wyjaśnił na sesji prezydent - że biblioteka powinna być skomputeryzowana, a swoje zbiory udostępniać Czytelnikom w formie elektronicznej. Jak nigdy - tak całym sercem popieram prezydenta. Nie potrafi ę tylko zrozumieć jak cięcia fi nansowe mają to sprawić... Ale trzymam kciuki.
Takie działania mają swoje tradycje w Piekarach Śląskich. Wpierw władze miasta i radni zdecydowali o likwidacji Przedszkola nr 16, potem przeprowadzono konsultacje społeczne, a potem zaczęto myśleć co zrobić ze zlikwidowanym budynkiem. I tak latka lecą, a nikt niczego w tym temacie nie wymyślił. W temacie restrukturyzacji oświaty – który mamy na topie – podobnie. Miasto zamierza oszczędzać na budynkach. Szkoły poupycha się razem, to nie trzeba będzie utrzymywać tylu budynków. Prosta sprawa. Tylko co z tymi pustymi budynkami? Tego nikt nie wie. Jak już będą puste, to się pomyśli... Czasu będzie dość, bo zanim je szlag trafi to trochę wody w Szarlejce upłynie...
Nawiasem mówiąc błędy logiczne w rozumowaniu i planach nikomu nie przeszkadzają. Zespół Szkół nr 2 musi się wyprowadzić ze swojego budynku, z powodu nieuregulowanej sytuacji prawnej gruntów, na których stoi. Problem w tym, że jak już szkoła się wyprowadzi, to miasto z budynkiem nic nie zrobi. Dlaczego? Bo sytuacja gruntów sama się nie wyjaśni... I co? I nic. Dupa zbita.

powrót :: strona główna

Jedna, jedyna, najpiękniejsza


styczeń 2008

W naszym kraju każdy wie swoje. Żadne argumenty nie przekonają przysłowiowego Kowalskiego. Swoje człowiek przeżył, życie go doświadczyło i nie da sobie w głowie namieszać.
I tak temat restrukturyzacji oświaty wzbudził emocje. Spotkania nie przyniosły oczekiwanego efektu. Bo jak władza nie rozmawia z mieszkańcami to źle, bo ukrywa informacje, a jak rozmawia to też źle - bo informacje, które ma do przekazania mieszkańcom nie są takie jak trzeba.
Z drugiej strony władza chce, żeby mieszkańcy poddawali swoje sugestie i zadawali pytania, ale jak już zadają, to się okazuje, że nie takie jak trzeba... A przecież ludzie powinni zrozumieć sytuację.
Ależ każdy rozumie. Tylko każdy po swojemu. I w sumie nic dziwnego, bo każdy gra pod siebie. Autorzy koncepcji tak ją podają na tacy, żeby omijać szerokim łukiem niewygodne kwestie. Wszystko się da rozwiązać. Nauczyciele i dyrekcja grają pod siebie. Co za problem rzucić inną koncepcją - która uderzy gdzie indziej. I niech oni się martwią.
W całej tej zabawie już rykoszetem oberwały dzieci. Bo jak dzieciaki szykują petycję do władz miasta, piszą jak cudowna jest ich szkoła i rysują obrazki na tę okoliczność, to nikt mi nie wmówi, że do jedynie słusznej idei nie przekonali ich nauczyciele. Ot, taki temat lekcji.
W tym temacie, jak zwykle - trudno znaleźć kompromis. Bo każdy uważa, że jego koncepcja jest jedynie słuszna i korzystna.
Zapewne Piekarzanin Roku znów wzbudzi emocje. Bo każdy ma swoje zdanie i wie, kto powinien wygrać. Bo jak nie wygra, to znaczy, że konkurs został oszukany, zmanipulowany i ustawiony. Bo wybór powinien być oczywisty. Jedyny słuszny...
W tym roku wybierzemy Najpiękniejszą Piekarzankę. Miss Piekar Śląskich pewnie też wzbudzi wiele emocji. Bo każdy będzie miał swoje zdanie i wybór nikogo nie zadowoli. Najpiękniejsza była Krysia, Marysia, Basia...
Tak to już w życiu jest. Ciężko nas zadowolić i ciężko przekonać do jedynie słusznej koncepcji. Ale czasami nie ma wyboru i trzeba coś wybrać. A najpiękniejsza piekarzanka może być tylko jedna, jedyna... Miss Piekar Śląskich.

powrót :: strona główna

Róbta co chceta


grudzień 2007

Róbta co chceta Miało być świątecznie, ale nie będzie. Nie mogę zignorować tematu. Bo wreszcie należy powiedzieć ludziom, którzy na to zasłużyli, że chyba jeszcze nie dorośli. A może już najwyższy czas? Może warto w przedświątecznej atmosferze zapomnieć na chwilę o swoich żalach, pretensjach i całej tej gromadzonej w sobie agresji? A jak nie, to "róbta co chceta"... ale u siebie.
Jestem przekonany, że mieszkańcy stanęli na wysokości zadania. Do nagrody "Piekarzanin Roku" nie nominowali osób przypadkowych. Niestety do głosowania i komentowania zabrali się ludzie z przypadku. Anonimowość internetu umożliwiła garstce niepoważnych internautów psuć charakter konkursu i nagrody. Wnioski zostały wyciągnięte, a nagrodę wręczyliśmy opierając się głównie na kuponach nadesłanych do redakcji.
O tym jak ważne było to wydarzenie dla osób, które wyróżniono poprzez nominację można się było przekonać podczas uroczystości wręczenia statuetek. Stawiła się większość nominowanych. Ci, którzy z różnych względów nie mogli być obecni poinformowali nas wcześniej i przesłali podziękowania dla mieszkańców, którzy oddali na nich swoje głosy. Tylko nieliczni "olali" sprawę.
Bo jeśli nawet "Przegląd Piekarski" jest "niepoprawny politycznie", "sensacyjny" i "brukowy" to jednak głosy oddali Czytelnicy gazety – mieszkańcy Piekar Śląskich. I to właśnie ze względu na nich, aby wyrazić szacunek dla osób, które doceniają pracę innych, nominowani zdecydowali się przyjąć zaproszenie.
Wielokrotnie miałem inne zdanie niż dyrektor Miejskiego Domu Kultury Terasa Szaflik, można było mówić wręcz o "lokalnej wojnie medialnej", a jednak spotkaliśmy się na uroczystości i miałem przyjemność przekazać w imieniu mieszkańców, symboliczną różę i gratulacje. I to jest postawa z klasą, której niektórym zabrakło. Tak oddającym głosy i komentarze w internecie, jak i niektórym nominowanym.
W tym roku mieszkańcy nagrodzili trzy osoby, właściwie szerzej nie znane, które swój czas poświęcają innym. Osoby, które wiedzą, że "czasami nie wystarczy mieć coś do powiedzenia - lepiej powiedzieć mniej, a więcej zrobić". I mam nadzieję, że w przyszłym roku wyróżniać będziemy osoby z podobnym charakterem i podejściem do życia.
Ktoś ma inne zdanie? Jak mówi Jurek Owsiak - "Róbta co chceta", to wolny kraj. My dalej będziemy robić swoje.

powrót :: strona główna

Czekam na cud


listopad 2007

Opadły emocje, bitewny kurz odsłonił poległych. Już dawno wybory Parlamentarne nie budziły takich emocji. Sama końcówka niemal jak u Hitchcocka - a ciszę wyborczą przedłużono od 20.00 aż do 22.55... Wszyscy namiawali do głosowania, a potem się okazało, że komisje obwodowe nie spodziewały się takiej frekwencji. Wyborcy zaskoczyli ich jak co roku zima drogowców. Z jednej strony aż żal, że to już za nami, bo oglądanie niektórych reklamówek wyborczych było fascynujące... Wspomnienie tej walki i najlepsze spoty dwóch głównych konkurentów wciąż można oglądać w internecie - także na stronie Przeglądu Piekarskiego (www.przeglad.info.pl).
Po kampanii wyborczej i wyborach hasło "zabierz babci dowód" zastąpiło "odsunęliśmy drób od koryta". I dobrze. Internauci dostrzegają jednak również pozytywy IV RP i rządów PiS. Ot, partia rządząca skonsumowała przystawki i ani LPR, ani Samoobrona nie dostały się do Parlamentu. I obaj panowie - Roman i Andrzej wrócili tam, gdzie ich miejsce. Na margines. Gdzie znaleźliśmy się po wyborach - w IV RP, w V RP, czy może wróciliśmy do RP nr III? Nie wiem dokładnie, ale z pewnością dalej jesteśmy w Piekarach Śląskich. I jak cała Polska czekamy na cud. Różne rzeczy obiecywano w kampanii, ale Platforma poszła na całość i obiecała cuda. Politycy PiS aż zacierają ręce z uciechy i zamierzają PO z tych cudów rozliczać. W programach publicystycznych już zaczęli, chociaż PO nawet jeszcze nie objęło władzy.
Zapowiada się więc interesujący czas... Może nie będzie tak ciekawie jak w kampanii wyborczej, ale na nudę pewnie też nie będzie można narzekać.
Po wyborach w Piekarach zmiany. Wiceprezydent Zbigniew Meres odchodzi do senatu, dyrektor Szpitala Miejskiego Michał Ekkert zostaje na starych śmieciach. Chciał co prawda pracować nad cudem w parlamencie, ale wyborcy dali mu szansę pracować dalej nad cudem w piekarskiej służbie zdrowia.
I teraz wszyscy czekają na cuda. Te większe i mniejsze. Lokalne, regionalne i ogólnopolskie. Obawiam się, że przyjdzie nam jeszcze na nie poczekać... Ale nie bądźmy negatywnie nastawieni. Pożyjemy zobaczymy. Jeśli cud jest możliwy – to jestem za.

powrót :: strona główna

Rządy głupców


październik 2007

Z władzą to tak już jest – że nigdy nam nie odpowiada. Bez względu, czy rządzą ci z prawa, czy ci z lewa. Zawsze coś jest nie tak. Zawsze też władzy z dziennikarzami nie jest po drodze. No, chyba, że mówimy o dziennikarzach "tub propagandowych", bo wszyscy pozostali mają niemiły zwyczaj stawiania niewłaściwych i niewygodnych pytań. A jak ktoś stawia ich zbyt dużo - to najlepiej pozbyć się kogoś takiego. I widać to wyraźnie na naszym lokalnym podwórku, ale i na arenie krajowej.
Przekonał się o tym Tomasz Lis, kiedy wyleciał z POLSATU. Władza naciskała, naciskała, a w końcu, jak mówi zwolniony dziennikarz przystawiła właścicielowi stacji pistolet do głowy i zmusiła do podjęcia takich, a nie innych decyzji. Jego zdaniem władza teraz weźmie kij bejsbolowy i ruszy przeciwko innym niewygodnym dziennikarzom, a to nie ma już nic wspólnego z demokracją. I wypowiada się kategorycznie: głosujesz na PiS - głosujesz przeciwko demokracji.
Problem w tym, że demokracja to kiepski system. Już w starożytnej Grecji Platon zauważył, że demokracja to nic innego jak rządy głupców. Bo tak się dziwnie składa, że społeczeństwo to zarówno ludzie mądrzy, jak i głupi, ale zazwyczaj tych drugich jest więcej. Więc siłą rzeczy wybierają sobie podobnych...
A nas czekają kolejne wybory. Tylko czy jest w czym wybierać? Polityczne roszady, zmiany barw klubowych i wzajemne obrzucanie się błotem. Walka o lepszą Polskę czy walka o pieniądze, prestiż, przywileje i władzę?
Rokita wraz z małżonką przyłożyli PO i Tuskowi, Tusk przygarnął Sikorskiego, który nawrzucał PiS-owi, Marcinkiewicz poparł kandydata PO, Miller kandyduje z Samoobrony, LiD postawił na nieco wstawionego Kwaśniewskiego, PiS stawia na hasło: „mordo, ty moja”.
Jeśli to jest merytoryczna kampania, dyskusja na argumenty i walka o lepszą Polskę, to ja się wypisuję. Dziękuję bardzo. Przykro mi, ale panowie mnie nie przekonujecie. Jak już muszę iść głosować, to może oddam nieważny głos. Być może kilkadziesiąt procent nieważnych głosów dałoby chłopakom do myślenia?
A może nie, bo jedni liczą na twardy czerwony elektorat, drudzy na liberalnych i ustawionych przedsiębiorców, a trzeci na zastępy moherów. O reszcie graczy nie będę pisał, bo skrajne poglądy prawicowe są mi obce, a seksualne podejście do władzy mnie nie interesuje...
Bez względu na wynik nie wierzą w zamiany. Ani w powtórkę roku 81` - czym straszy Kaczyński, ani w piękną IV RP, co zapowiada... Ot, będziemy dalej żyli w naszym polskim piekiełku. Coraz bardziej sfrustrowani, coraz bardziej radykalni. Już nie można normalnie porozmawiać o polityce, bo każda dyskusja robi się szalenie emocjonalna, a ludzie gotowi są szaty rwać. Chcecie, to rwijcie. Walczcie z sąsiadem, bratem, matką w imię jedynie słusznej idei. Krzyżyk na drogę.
A może kiedyś dotrze to tych durnych łbów, że jako ludzie nie sięgamy absolutu. Pewność własnych racji jest ułudna. Idea prawdy, sprawiedliwości jest nieosiągalna. Ludzie mylili się i popełniali błędy. Pomylił się nawet niejeden papież wysyłając krucjaty i ludzi na śmierć. Warto więc dopuścić do siebie wątpliwości co do własnej, jedynie słusznej racji. Polityków niestety na to nie stać. Ci na najwyższych stanowiskach, podobnie jak ci lokalni wiedzą swoje. Absolut jest nieosiągalny - dostrzegł to Platon, ale kto dziś czyta Platona?

powrót :: strona główna

Quo vadis?


październik 2007

Poważni ludzie, niepoważne zachowania. Przynajmniej tak mi się wydaje. Ale być może mój światopogląd jest skrzywiony i mam złe postrzeganie sytuacji. Może wszystko jest w porządku, a Turzański znowu się czepia.
Potrafię zrozumieć, że dyrektor Szpitala Miejskiego Michał Ekkert jest pracoholikiem. Wierzę, że ogarnia pracę na kilku dyrektorskich stanowiskach naraz. Wierzę, że kocha swoją pracę. Rozumiem, że gdzieś upchnął w grafik jakąś radę nadzorczą, bo wiadomo - pieniędzy nigdy dość. Jestem przekonany, że robi wszystko, żeby wyciągnąć piekarski Szpital Miejski z długów...
Tymczasem wielkimi krokami zbliżają się wybory parlamentarne. I tu niespodzianka. Michał Ekkert jest kandydatem do Sejmu RP z listy Platformy Obywatelskiej. To też chce upchnąć w grafik? Niestety nie, bo akurat tych dwóch funkcji łączyć się nie da. I jak Michał Ekkert zostanie posłem to pożegna się (pewnie bez żalu) z piekarskim Szpitalem. Czyżby było tak źle, że trzeba się zwijać i szukać innej fuchy?
Młody, zdolny, przedsiębiorczy... Z tym jak dyrektor ma gadane być może jest fantastycznym kandydatem do parlamentu... I teraz pojawia się problem – głosować na niego czy nie? Dyrektor kandyduje z naszego okręgu wyborczego, chociaż mieszka w innym. Być może liczy na to, że mieszkańcy zadowoleni z jego działań poprą go w tych wyborach. A może wręcz przeciwnie liczy na swoich oponentów, którzy zagłosują na niego, żeby się go wreszcie pozbyć...
Kolejny bliski nam kandydat, to wiceprezydent Zbigniew Meres, który z list Platformy Obywatelskiej kandyduje do Senatu. I też jestem rozdarty. Bo nie wiem, czy wiceprezydent jest tak kompletnie niezdecydowany co chce w życiu robić, czy też po prostu wybory zaskoczyły go na nowym stanowisku.
W ciągu roku wiceprezydent zrezygnował z funkcji wiceprezydenta w Piekarach, wystartował w wyborach na prezydenta Dąbrowy Górniczej – przegrał, został w Urzędzie Wojewódzkim, zrezygnował – wrócił do Piekar Śląskich i po dwóch miesiącach pracy wybiera się gdzie indziej. No chyba, że znów przegra - to zostanie. Tak po głębszym zastanowieniu wydaje mi się, że przyjęcie stanowiska wiceprezydenta i jego odpowiedzialności do czegoś zobowiązuje. A może nie? Sam nie wiem czego wiceprezydentowi życzyć. Dziś niczego nie jestem już pewien.

powrót :: strona główna

Konkursowe lato


wrzesień 2007

Cokolwiek dzieje się w Piekarach ma oddźwięk polityczny. Czasami aż strach robić zakupy, bo nie wiadomo jak to zostanie zinterpretowane. Przy każdej akcji pojawiają się podejrzenia, manipulacje i oszustwa. Niemal jak w polskim rządzie. I każdy ma twarde dowody, jeden oskarża drugiego i generalnie wszyscy rzucają w siebie błotem.
Piekarskie lato przebiega pod szyldem konkursów. Potrafię zrozumieć emocje, które wzbudzają konkursy na stanowiska publiczne, które raz są, a raz ich nie ma i ciężko doszukać się w tych działaniach jakiegoś logicznego klucza (poza politycznym oczywiście). Potrafię zrozumieć, że jeden dyrektor, któremu stawia się wyższe wymagania niż innym, spogląda krzywo na innego. Potrafię zrozumieć, że osoba, która musiała stanąć do konkursu nie rozumie dlaczego inni dostali „zwykłe” powołanie. Potrafię zrozumieć, że komendant Straży Miejskiej, który po 16 latach straci stanowisko nie chce wypowiadać się w tej sprawie.
Wiele potrafię zrozumieć. Nie dociera do mnie jednak, dlaczego konkurs „Piekarzanin Roku” wzbudza tyle emocji. Zamiast głosować na ludzi, których szanujemy, którzy robią coś pozytywnego w szerokim tego słowa znaczeniu – internauci, a przynajmniej pewna ich część zmieniła tę zabawę w swoje prywatne, piekarskie bagno. Mamy ponad trzysta komentarzy do sondy internetowej – ale przestałem je już czytać, bo szkoda nerwów. Wyraźnie komuś sprawia przyjemność wylewanie wiadra pomyj innym na głowę. Halo – panie i panowie – gra nie toczy się o najwyższe stawki! Można sobie trochę odpuścić.
Wiele razy słyszałem, że jestem drań, kłamca i polityczna szuja. Być może. Ale przynajmniej wszystko co piszę, podpisuję imieniem i nazwiskiem we własnej gazecie. Nie ukrywam się pod anonimowym nickiem i nie wstydzę się tego co robię.
Proponuję odrzucić na kilka chwil polityczne łamigłówki i wzajemną niechęć. Zakończmy to lato jakimś pozytywnym akcentem. Niech konkurs „Piekarzanin Roku” nie będzie areną starć, tylko sposobem uhonorowania osób zasłużonych. Zachęcam do wysyłania kuponów i głosowania na swoich kandydatów. Tą drogą – z pewnością bardziej rzetelną niż internetowe przepychanki wyłonimy zwycięzcę tegorocznej edycji. A w przyszłym roku? W przyszłym roku się zobaczy...

powrót :: strona główna

Polityczny młyn


sierpień 2007

Niby wakacje, sezon ogórkowy, przerwa w obradach Rady Miasta, a w piekarskiej polityce kocioł. Wiceprezydent Jacek Zając zrezygnował. Nie wiadomo kto i kiedy go zastąpi. Trwają spekulacje, pojawiają się nazwiska. Ot, jakby ludzie nie mieli większych problemów.
Władze miasta mają pretensje do Enmagu-Eg, bo nie udało się przepchnąć wiceprezydenta Janusza Pasternaka do Rady Nadzorczej spółki, a to zawsze jakieś 30 tysięcy rocznie do wynagrodzenia. Nic dziwnego, że pozostał żal... Co prawda niby chodziło o zabezpieczanie interesów miasta, ale jakoś po odejściu z Rady Nadzorczej Zbigniewa Meresa w grudniu 2006 roku nikt się o te interesy przez pół roku nie upominał.
W „Głosie Piekarskim” pojawiła się reklama - „OPOZYCJA PARALIŻUJE PRACĘ RADY MIASTA”, bo dyskusja na błahe tematy przeciągnęła się ponad plan. I sesja zamiast dwóch godzin potrwała cztery. Tymczasem w Bytomiu ostatnia sesja Rady Miasta trwała bite 12 godzin i nikt nie protestował. Ale w Piekarach jak się dyskutuje to się paraliżuje i być może dlatego prezydent podczas obrad podpowiada przewodniczącemu Rady Miasta – kończ tą dyskusję, bo to nie ma sensu...
Sparaliżowana jest także praca Urzędu Miasta, nękanego przez kontrole. Było ich już siedem, z czego cztery z Ministerstwa Transportu, a to może oznaczać spisek polityczny. Ministrem jest przecież Jerzy Polaczek, więc może specjalnie nęka swojego przeciwnika politycznego... Nic więc dziwnego, że prezydent Stanisław Korfanty postanowił wreszcie wyjaśnić tę sprawę spotykając się osobiście z ministrem.
Takie kontrole to nic przyjemnego, zwłaszcza kiedy kontroluje prokurator, a sprawa kończy się w sądzie. Na ławie oskarżonych zasiądzie były (to zawsze lepiej brzmi) wiceprezydent Jacek Z. oraz szefowie spółki Pro-Silesia Mieczysław J. i Małgorzata S. Chociaż sprawa dotyczy Zakładu Gospodarki Mieszkaniowej i przetargów tam przeprowadzanych, ma swoje dno polityczne. Bo jeśli wiceprezydent wpływał na przetargi to pojawi się pytanie dlaczego. A wtedy pojawią się powiązania i wątki polityczne...
Jak się okazało (tak słyszałem) polityczne jest także Stowarzyszenie Artystów i Wykonawców Polskich, które upomniało się w Radiu Piekary o zaległe należności. Bo z tym upominaniem SAWP czekał na dogodny moment... polityczny.
Zresztą w Piekarach Śląskich wszystko ma swoje dno polityczne. Konkurs „Piekarzanin Roku” budzi co najmniej tyle emocji co kampania wyborcza. A w komentarzach internetowych trwa ostra i bezpardonowa walka, której uczestnicy nigdy nawet nie słyszeli o „fair play”. Niech wygra „nasz” człowiek. Zresztą konkurs musi być „polityczny” skoro organizuje go Turzański i z pewnością wygra opozycja – nawet jeśli nie została nominowana.
No i jeszcze jedno. Dowiedziałem się tego z internetu. Sypnął ktoś z Urzędu. Naczelnik Wydziału Edukacji, Kultury i Sportu wręczył korzyść majątkową (łapówkę) Turzańskiemu, a ten ją przyjął. Dla niepoznaki przesłano ją oficjalną drogą. Przesyłka pocztowa zawierała identyfikator „media” na Dni Miasta. Tym samym Turzański otrzymał dostęp do sceny, a Kapica „załatwił” sobie dobrą prasę. Jak nic sprawa dla prokuratury.
I co z tym fantem zrobić? Kradnę hasło konkurencji – ja na to, jak na lato. Wybieram szoty i trzymam kurs na wiatr. Bo żeglarstwo (wbrew temu co wielu sądzi) jest o wiele bardziej wciągające niż polityka. Zwłaszcza lokalna...

powrót :: strona główna

Facet to świnia


lipiec 2007

No proszę. Dopiero co napisałem, że jestem zły, a tu wyszło szydło z worka. Nie dość, że zły, to jeszcze niewychowany. I to musi być prawda, bo w końcu napisali o tym w gazecie. Do tego jeszcze pragnący grać pierwsze skrzypce. Mąciwoda i burzyciel spokoju. Po prostu drań. Skończony.

Nie wykluczam, że konkurencja ma rację. Bo coś w tym jest. Po głębszym zastanowieniu musiałem zgodzić się ze wszystkim. Jestem żądny sensacji i jak w mieście dzieje się coś sensacyjnego to nie odpuszczę. Nie pominę milczeniem tematu likwidacji przedszkola, problemu restrukturyzacji oświaty, zarzutów prokuratury wobec wiceprezydenta, złamania prawa przez radnych, czy pomysłu prywatyzacji Szpitala Miejskiego. Ciężko mi nie wspomnieć o kłótniach radnych na sesji, podwójnym głosowaniu radnej Kossakowskiej i całej reszcie "kwiatków", takich jak na przykład, kłótnia o to, na kogo spłynie splendor utworzenia... placu zabaw.

Co więcej – zgodnie z zasadą im gorzej tym lepiej – publikuję również opinie niepochlebne. Nigdzie nie jest napisane, że wszyscy muszą kochać Turzańskiego. Nie ważne co mówią – byle mówili. Krytyka czasami się przydaje. Czasami irytuje. Można ją olać, albo wyciągnąć wnioski. Tak czy inaczej trzeba umieć stanąć wobec niej z podniesioną głową. Nie wszyscy w naszym mieście potrafią. A już mało kto potrafi uczciwie przyznać się do błędu. Big-Cyc śpiewał kiedyś - "Facet to świnia". Nie trzeba się tego wstydzić. Jestem złą, niewychowaną i wyrachowaną świnią, jestem egoistyczny, egocentryczny drań. I nie zamierzam tego ani ukrywać, ani zmieniać. Niczego nie wybielam. Wciskanie kitu zostawiam innym...

Być może należy zakazać Turzańskiego. Być może jest równie niebezpieczny jak Teletubisie... Żyjemy w absurdalnym kraju, w którym absurdalne decyzje już nikogo nie dziwią. Więc kto wie, być może w trosce o zdrowie psychiczne obywateli, kiedyś na wolną prasę zostanie założony łańcuch i kaganiec. Być może... ale osobiście myślę, że to już przerabialiśmy w poprzednim systemie i jedynie słuszny pogląd "jaśnie nam panujących", czy to w skali globalnej, krajowej, regionalnej czy lokalnej raczej nam nie grozi.

powrót :: strona główna

Bo to mnie kręci


czerwiec 2007

Niezależność jest jak narkotyk. Upaja. Daje dziką swobodę. Wolność. Pozawala zaznać czegoś niepowtarzalnego – czego nie może zaoferować żadna praca. W żadnej innej gazecie. Tylko swoboda decydowania o wszystkim – wolność redaktora naczelnego i wydawcy może dać taką satysfakcję.

Dyskusja w internecie ze względu na anonimowość czasami jest nieco... zbyt "ochocza i rozbrykana". Ale dobrze, że jest. Bo wcześniej narzekaliśmy na pasywność mieszkańców. Uwagi krytyczne motywują mnie do pracy – bo zawsze można zrobić to lepiej. No i jazda. Właśnie to mnie kręci.

Stawiam trudne pytania i nie odpuszczam tematów "sensacyjnych". Bo jak będziemy pozwalać na marnowanie miejskiej kasy, to właściwie będziemy niepotrzebni. Bo podstawową rolą prasy jest rola informacyjna. A mieszkańcy mają prawo wiedzieć – co się robi z ich pieniędzmi. I nie przejmuję się, że niektórzy nie chcą ze mną rozmawiać. Bo jak ktoś odmawia udzielenia informacji – to znaczy, że ma coś do ukrycia. A jak w instytucjach publicznych jest coś do ukrycia to jest to temat. I to mnie kręci. Jak dziennikarze nie mogą wejść na obrady Rady Społecznej Szpitala Miejskiego to znaczy, że coś tam nie gra. Może dług, który miał maleć – a wzrósł. Który miał wynosić dziesięć, a przekroczył jedenaście milionów złotych. Jak dyrektorka MDK Teresa Szaflik nie chce odpowiadać na proste pytania, to znaczy, że jest poważny problem. To znaczy, że kara jaką zapłaciło Radio była niepotrzebna. A to z kolei znaczy, że ktoś zmarnował publiczne pieniądze. I stawiam pytania. Pytania, na które prędzej czy później padną odpowiedzi. I to mnie kręci.

Mogę pytać. Mogę drążyć. Mogę domagać się wyjaśnień. Mogą tego domagać się mieszkańcy – i robią to – za pomocą komentarzy. Jestem ten zły. Jestem rzepem na psim ogonie. Jestem rządną sensacji dziennikarzyną. Jestem. I to mnie kręci. A skoro jestem zły – to mogę być jeszcze gorszy. Pisanie już mi nie wystarcza. Mogę więc tworzyć piekarską telewizję internetową. I nawet jeśli nie osiągnęła światowego poziomu, to już jest i działa. I mieszkańcy mogą niektóre wydarzenia zobaczyć sami i wyciągnąć wnioski. A ja mogę myśleć co dalej. Co jeszcze można zrobić. Bo jeśli ktoś ma pasję, jeśli kogoś coś naprawdę kręci – to wszystko jest możliwe. Żyjemy w czasach nieograniczonych możliwości. I to mnie kręci.

powrót :: strona główna

Ostra jazda


maj 2007

W tym numerze nie będę wyżywał się na konkurencji. Nie będę szukał dziury w całym. Bo jestem podekscytowany i wypełnia mnie pozytywna energia. Projekt "Przesłuchanie, czyli CZARNOnaBIAŁYM" stał się faktem. Zła Turzańska i jeszcze gorszy Turzański będą w nim "przesłuchiwać" ludzi kultury, działaczy społecznych, sportowców, radnych i przedstawicieli władz miasta. Jak to mam w zwyczaju będzie wrednie i złośliwie. Studio nagraniowe jest już urządzone. Wszystko przygotowane. Ruszamy z nagraniami. Początkowo zamierzałem publikować jeden wywiad w miesiącu, ale mam wrażenie, że będzie to raczej jeden wywiad tygodniowo... Gotowy program będzie dostępny ze strony internetowej Przeglądu Piekarskiego. Tymczasem już jest przedsmak emocji... Na stronie Przeglądu umieściliśmy zajawkę programu. Być może jak twierdzą sceptycy to się nie uda. Być może faktycznie zabraknie nam doświadczenia. Być może przerosną nas problemy techniczne. Być może. Ale osobiście uważam, że będzie ostra jazda. I warto było się pomęczyć, żeby stworzyć ten projekt.
"Piekarskie TV" będzie stopniowo uzupełniane. W założeniu "Przesłuchanie" to nie wszystko. Będziemy publikować także inne materiały. Reportaże, sprawozdania, nagrania z sesji Rady Miasta... Stopniowo będziemy rozwijać naszą działalność. Właściwie możliwości mamy nieograniczone. Ile osób, tyle pomysłów. Kiedy o projekcie mówiłem znajomym – usłyszałem różne rzeczy, ale zapamiętałem jeden tekst: "nie wiem po cholerę ci ta telewizja, ale jak cię znam to ją zrobisz i będziesz się dobrze bawił"... Turzański bawi się w telewizję. To prawda. Nie traktujmy życia za bardzo serio. Trzeba umieć cieszyć się tym, co robimy. A mnie daje to dużo radości. Jeśli czujecie, że projekt, który stworzyliśmy stwarza także wam jakieś możliwości – to zapraszam do współpracy. Jak widzę przyszłość? Kolorowo. Czy jednak wykorzystamy w pełni możliwości jakie stają przed nami otworem i stworzymy projekt, który na stałe wpisze się w rynek medialny Piekar Śląskich pokaże czas. Osobiście wierzę, że nam się uda.

powrót :: strona główna

Coś optymistycznego


kwiecień 2007

Obiecałem sobie, że tym razem napiszę coś optymistycznego. Żeby nie było, że tylko się czepiam. Więc siedzę i tępo wpatruję się w monitor.

O przedszkolu nr 17? Odpada. Bo nie będzie ani optymistycznie, ani miło. O prywatyzacji przedszkoli? Odpada. To też drażliwy temat. O Radiu Piekary i pirackich nagraniach? Odpada. O kotłowni na Osiedlu Powstańców, która miała niesprawną instalację odpylającą? Odpada. O budżecie miasta? Odpada. Bo trzeba by poruszyć temat zadłużenia, które rośnie. O basenie? Odpada. Bo na realizację tego projektu może zabraknąć środków. Odpada. O skateparku, który już został rozkradziony? O komentarzach z internetu? Odpada. Bo będzie wyjątkowo wulgarnie. Odpada. Odpada. Odpada.

Coś optymistycznego. Rusz głową człowieku - na pewno coś wymyślisz. Coś optymistycznego.

Mam! Eureka! Bociek, bociek... Jesteśmy uratowani. W Piekarach jest lodowisko. Jest. To nic, że pogoda nie dopisała, ale liczy się fakt. Jest Miejskie Centrum Informacji i Turystyki. Jest. I zaczyna prężnie działać, a za nami już Dni Gór. Jest nowy dzierżawca "Fiśli". Jest. Jak skończy remont i otworzy lokal to się okaże, czy warto było czekać. ZG Piekary jest najbezpieczniejszy w Polsce. Jest. I to już po raz drugi. Jest biblioteka. Jest. Chociaż nie skomputeryzowana, to przynajmniej odwiedzana przez gwiazdy polskiej sceny... Jest lider gospodarczy. Jest. Nawet trzech. Jest plan powstania Parku Przemysłowego. Jest. I szansa na zmniejszenie bezrobocia. Jest. Osiedle na Lipce. Jest. I jedyne nowe bloki w mieście. Jest też Jadłodajnia. Jest. I przynajmniej można gdzieś zjeść normalny obiad. Jest minister z Piekar Śląskich. Jest. I wbrew obawom ciągle się trzyma. Prezydent dostał laur. Dostał. Jest "Głos Piekarski". Jest. I dobrze, bo nam nie o wszystkim chce się pisać. Jak się nad tym głębiej zastanowić to wokół są same optymistyczne rzeczy.

I wreszcie. Wbrew pogłoskom, że już się nie ukażemy nowy numer Przeglądu Piekarskiego już jest na rynku. Jest. I dalej będzie. I to jest naprawdę coś optymistycznego.

powrót :: strona główna

TURZAŃSCY W NAWIASIE
czyli cierń w dupie naczelnej


marzec 2007

Z wielką radością przeczytałem nowy numer Głosu Piekarskiego. Zwłaszcza "okiem naczelnej" Teresy Szaflik, która widocznie dnia nie może przeżyć bez narzekania, skarżenia się i wskazywania palcem na Turzańskich. Więc w najnowszym numerze Turzańscy wylądowali w nawiasie, choć jak mniemam, niektórzy woleliby nas wyrzucić poza nawias. A najlepiej wystrzelić w kosmos. Jak powiedział profesor Bartoszewski - czasami nie podoba mu się co ludzie gadają, ale w końcu walczył o wolność słowa. Więc niech gadają. A ja, jako, że jestem człek impulsywny, wredny i złośliwy, postanowiłem także skorzystać z tego prawa i napisać, co o tym myślę.

Mam w głębokim poważaniu fakt, że Teresa Szaflik jest naczelną, a właściwie osobą pełniącą jedynie obowiązki naczelnej. I jeśli kadrowa bez wykształcenia zamierza oceniać pracę dwójki wykształconych dziennikarzy z wieloletnim doświadczeniem w zawodzie, to proszę bardzo. Wolność słowa daje prawo wypowiadania się każdemu. Nawet tym, którzy nie mają nic do powiedzenia. I dobrze. Przynajmniej jest wesoło.

Jeśli ludzie, mieszkańcy i czytelnicy są czymś zmęczeni i znużeni, to tanią propagandą i wciskaniem ciemnoty, z jaką mieli do czynienia za poprzedniego systemu. Warto się otrząsnąć - bo rok 1989 mamy już za sobą. Nastała wolność słowa i prasy, nawet jeśli niektórzy jeszcze tego nie dostrzegają i nie potrafią zrozumieć.

Mam wrażenie, że ludzie są także zmęczeni obsadzaniem stanowisk publicznych osobami bez kompetencji. Ale co tam kompetencje. W tym kraju ważniejszy od wykształcenia i doświadczenia jest brązowy nos. A brązowonosi, jak kiedyś usłyszałem, to ludzie, którzy nie wytykają nosa z tyłka swojego pryncypała. Zdaniem Jana Rokity w naszym rządzie dominują ludzie bez twarzy, bez autonomii, którzy bezkrytycznie poddadzą się woli przywódcy. Najwyraźniej tendencja ta przenosi się na samorządy, bo przykład idzie z góry.

Teresie Szaflik proponowałbym raczej martwić się o własne podwórko - na którym jest bajzel, gdzie nielegalne płyty leżą pochowane w szafkach pracowników, a nie o Czytelników rodziny Turzańskich. Czytelników, którzy wiedzą, że mogą liczyć na pomoc w każdej sprawie. Czytelników których nie odsyła się z listem otwartym do domu, bo jest "niepolityczny", na których zaproszenie przychodzi się na spotkania i pisze o problemach, które ich dotyczą (bo na spotkanie w sprawie Przedszkola nr 17 nikt się z Radia ani Głosu nie wybrał). Czytelników, dla których łamy są zawsze otwarte. Czytelników, których staramy się informować obiektywnie i w ramach tej obiektywności w Przeglądzie opublikowaliśmy nawet wywiad z Teresą Szaflik, za którą przecież nie przepadam. Zaraz po wyborach zaprosiłem do wywiadu prezydenta Stanisława Korfantego, ale nie jesteśmy w stanie zaprezentować jego poglądów i planów, bo nie chce się u nas wypowiadać. Zaprosiłem także prezydenta do zabrania głosu na moim blogu. Prezydent jednak woli wypowiadać się w Głosie. Przynajmniej ma gwarancję, że nie padną niewygodne pytania. I dobrze. Bo nam się już nie chce ich zadawać. I jak ktoś myli Głos z Przeglądem, to podpowiadam. Przegląd to ta gazeta - bez prezydenta. I bynajmniej nie z mojej winy.

I żeby nie było. Zachęcam do czytania Głosu.

Dlaczego? Jakby to ładnie ująć. Może na przykładzie literatury i jej ekranizacji. Bo żeby docenić "Władcę Pierścieni", należy zobaczyć wpierw polskiego "Wiedźmina". Żeby mieć właściwy punkt odniesienia. Choć muszę przyznać, że właśnie w "Wiedźminie" jest mój ulubiony tekst, wypowiadany romantycznym głosem Michała Żebrowskiego, który wcielił się w rolę wiedźmina Geralta:

...wyciągnąłeś na mnie miecz... źle zrobiłeś...

powrót :: strona główna

Jest źle, a będzie gorzej...


luty 2007

Nigdy nie byłem w MDK... Wesołowski mieszka w Austrii... Turzański pisze felietony Wesołowskiemu... Teksty za Turzańskiego pisze Turzańska... Za wszystko płaci PiS... Jestem kłamca i pismak polityczny... Oj, jest nawet więcej niezłych określeń, ale przez wzgląd na Czytelników postanowiłem nie przytaczać wulgaryzmów...

Eh, ileż skrajnych emocji potrafi wzbudzić moja bazgranina. A jak jeszcze można ją anonimowo skomentować, to już ludzie są szczęśliwi. Ja w sumie też - bo mam co chciałem. Reakcję. Może nie zawsze zgodną z oczekiwaniami - ale zawsze jakąś. Jak to szło? Niech mówią. Nawet źle - byle mówili...

Jeśli felietony w Przeglądzie budziły kontrowersje to teraz dopiero się zacznie. Idąc za ciosem założyłem blog... "Piekarski Blog Polityczny"... Przed wyborami powstało podobnych jak grzyby po deszczu, ale ich autorzy nie zawsze mieli coś do powiedzenia... A ja mam niewyparzoną gębę i zawsze coś skrobnę. Bo jestem typowym Polakiem. Na niczym się nie znam, ale wszystko wiem najlepiej.

Ten blog jest wyrazem mojej niepokornej i złej natury. To skrajnie złośliwy opis piekarskiej rzeczywistości politycznej. A ponieważ pisanie to moja pasja - to błyskawicznie rozrósł się do tematyki ogólnopiekarskiej. Chcesz wiedzieć co w trawie piszczy? Internet nie ma ograniczeń takich jak gazeta. Codziennie świeże newsy... dodatkowo opatrzone wrednym komentarzem.

Kilkanaście dni i tego bloga odwiedziło ponad pięćset osób. I zaczęły się komentarze. I spory. I dyskusja. Głos poza anonimami zabrali także radni. Coś zaczęło się dziać. Czego nie udało się osiągnąć na forum internetowym - jakoś tak samo wyszło przy blogu.

Złośliwościom nie będzie końca. Jak już Turzański się przyczepi to nie ma taryfy ulgowej. Dla nikogo. Ani dla prezydenta, ani dla ministra, ani dla radnych, ani dla dyrektorów... Być może do niczego innego się nie nadaję, ale czepiać to ja się potrafię zawodowo...

Lokalny blog to za mało, żeby wyładować agresję - dlatego idąc za ciosem założyłem kolejny - "Królicza nora - czyli nasza IV RP"... Pozwala mi to mą złośliwą naturę skierować ku polityce najwyżśzego szczebla... a raczej ku absurdom tej polityki. Mam nadzieje, że czytając to, będziecie się tak samo dobrze bawić jak ja...

powrót :: strona główna

Kulawa demokracja


grudzień 2006

Nasza, polska demokracja kuleje. Przez ostatnie lata nazbierało się już tyle incydentów, że nie wiadmo czy śmiać się czy płakać. Nocne wieszanie krzyża, blokowanie mównicy, potem sekretne taśmy o kupczeniu stanowiskami, po najnowsze doniesienia o pracy i stanowisku za sex z politykami. Aż mnie bierze obrzydzenie. I kolejny szczytny temat - jak, gdzie i za kogo upchnąć w rządzie Marcinkiewicza, bo przecież coś chłopak musi robić. Yes, yes, yes. Zrobimy weryfikację ministrów i miejsce się znajdzie... Ku chwale ojczyzny.

W naszym małym piekarskim piekiełku wcale nie lepiej. Już pierwsze sesje Rady Miasta w Piekarach Śląskich nie pozostawiają wątpliwości. Radnym brakuje nie tylko dobrej woli, ale przede wszystkim wiedzy. Bo kiedy okazało się, że na stanowisko przewodniczącego komisji jest aż... dwóch kandydatów Rada Miasta została sparaliżowana. Bo nie wiadmo jak to głosować. Dobrze, że jednym z kandydatów na to stanowisko był zagubiony w świecie "wielkiej polityki" dwudziestotrzylatek, którego majestat i powaga starszych kolegów przekonały do rezygnacji z kandydowania. Ot najlepsze i całkowicie demokratyczne wyjście. No i jest gwarancja, że wygra "właściwy" człowiek. I co z tego, że radni i mieszkańcy siedzący na sesji otwracie się śmieją z całej sytuacji...

Zresztą Leszek Podzimsk, bo to o nim mowa, to całkiem niezły przykład złego przykładu. Jeszcze nie tak dawno w materiałach wyborczych narzekał, że prawdziwy entuzjasta działalności dla Piekar nie ma szans zostać radnym, chyba że podporządkuje się bogatym partiom i klubom, bo wszystko przygotowane jest aby wygrali najsilniejsi. Pisał o propagandzie, obietnicach bez pokrycia, a już podczas drugiej sesji zapomniał o ugrupowaniu Wspólnie dla Piekar, z którego kandydował i przykleił się do ludzi prezydenta. Cóż, wszyscy kochają zwycięzców.

Sama sesja Rady Miasta też jakoś mało merytoryczna. Raczej nie przygotowany merytorycznie naczelnik wydziału finansowego tak się gubił w przedstawianiu danych, że nikt z obecnych niczego nie zrozumiał. Za to na najprostsze w świecie pytanie: o ile procent wzrosną podatki i w jaki sposób ten wzrost zaplanowano nikt nie chciał odpowiedzieć. Bo było to pytanie tendencyjne. Prezydent i naczelnik przekonywali za to, że procenty nie mają znaczenia i przytaczali stawki z miast ościennych. Starali się nas ochronić przed statystyką?

Zbyt to dla mnie skomplikowane. Wolę proste sytuacje. Proste pytania i proste odpowiedzi. Bo danych nie można ukryć. I jakby ktoś chciał wiedzieć o ile procent wzrosły podatki - to my to sobie policzyliśmy. I nie bardzo wiem w czym problem. Bo jest to informacja taka sama jak każda inna. Ale cóż... Trzeba być wyrozumiałym. Nasza demokracja kuleje.

powrót :: strona główna

Wściekły i zły


grudzień 2006

Wolność słowa potrafi być przekleństwem. Zwłaszcza dla tych, którzy mają coś do ukrycia. Dla tych, którzy nie potrafią uszanować poglądów innych i dla tych, którzy próbują światu narzucić jedynie słuszny punkt widzenia. W dzisiejszych czasach, kiedy wolność stała sie czymś zupełnie naturalnm i oczywistym są jednak ludzie, do których to nie dociera. I próbują toczyć krucjaty o "właściwy" światopogląd, choć jest to walka z góry skazana na przegraną.

Uczepiliśmy się dyrektorki Miejskiego Domu Kultury i Radia Piekary Teresy Szaflik, której nie podoba się to co piszą inni dziennikarze, skrzętnie zbiera ich publikacje i próbowala już interweniować. Uczepiliśmy się, bo tylko w Głosie Piekarskim i Radiu Piekary mieszkańcy, którzy przychodzą z problemem mogą usłyszeć, że nie ma dla nich miejsca, a jak chcą opublikować list otwarty to zawsze mogą za to zapłacić. No, ewentualnie można by zrobić audycję radiową, ale to musialby się zgodzić... prezydent. Chylimy czoła przed tą dziennikarską niezależnością, rzetelnością i uczciwością.

Ku mojemu zaskoczeniu do tej metodyki pracy dołączył rzecznik prasowy Urzędu Miasta - Teresa Nowak, która dziennikarzom niezależnych mediów zarzuca wybiórczość i nieobiektywizm, a nawet w ogóle poruszanie lub nie poruszanie pewnych tematów. Być może pani rzecznik o tym nie wie, ale w przypadku opublikowania nieprawdy przysługuje Państwu prawo do sprostowania nieprawdziwej informacji, a nawet możliwość wystąpienia na drogę sądową. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że z braku podstaw do takiego działania byłoby to niezwykle trudne, tym niemniej brzmiałoby to, o wiele poważniej...

Widząc, że kończą się Państwu pomysły wyciągamy pomocną dłoń i informujemy, że jak Panie chcą gdzieś jeszcze zadzwonić, napisać, albo wpaść osobiście ze skargą - to polecam ambasadę - najlepiej chińską. Tam jeszcze Panie nie dotarły...

I o ile wcześniej sądziłem, że jest to działanie w imieniu własnym, tak teraz zaczynam się zastanawiać, czy nie jest to działanie inspirowane... Dobry wynik wyborów potrafi uderzyć do głowy mocniej niż wino. A może po prostu to kwestia charakteru? Kto wie? W każdym razie przykład płynie z góry i być może wkrótce prezydent Stanisław Korfanty idąc za przykładem władz państwowych zacznie urządzać konferencje prasowe zamknięte i przeznaczone dla "jedynie słusznych mediów", a więc Radia Piekary i Głosu Piekarskiego. Całą resztę należałoby zamknąć, bo zawsze napiszą coś nie tak. To tłumaczyłoby, dlaczego prezydent po ogłoszeniu wyników wyborów nie odpowiedział na zaproszenie do wywiadu w Przeglądzie Piekarskim. To tłumaczyłoby także, dlaczego do tej pory nie odbył się konkurs na dyrektora MDK. Jeszcze wygrałby go ktoś ambitny, dla którego hasło niezależność i wolność słowa to nie puste slogany...

Próby uchylenia się od płatności za wykupione strony w Przeglądzie Piekarskim przez Komitet Wyborczy Wyborców Stanisława Korfantego nie będę nawet komentował. I chylę czoła przed tymi, którzy ostrzegali, że w kampanii wyborczej płatności pobiera się z góry. A tuż przed wyborami prezydent sygnalizował chęć pisania felietonów do Przeglądu Piekarskiego... Tymczasem cała ta "otwartość" na media i wyborców już się skończyła. Nie trzeba już niczego udawać. Sprawa została załatwiona, a kolejne wybory za cztery lata. Jeśli taka postawa ma mnie przekonać do pozytywnej oceny to gratuluję pomysłu.

Nie cierpię obłudy i zakłamania. Jak się komuś nie podobają nasze teksty i nasza gazeta, to niech nie czyta. Przykro mi, ale Turzański do "brązowonosych" nie należy. Przegląd Piekarski będzie się nadal ukazywać i nikt nie będzie mi mówił o czym i jak mam pisać. A wywieranie na mnie nacisku... hm... Życzę szczęścia. Bo jeśli jest ktoś naprawdę zawzięty i przekonany do swoich racji - to właśnie ja. Wściekły i zły.

powrót :: strona główna

I kto tu jest bezczelny?


listopad 2006

Miałem w tym temacie się nie wypowiadać, ale skoro pani Teresa Szaflik nie może żyć bez roztrząsania naszych (Turzańskiego i Wesołowkie go) życiowych i zawodowych dokonań na łamach miejskiej prasy - to my możemy odpowiadać w nieskończoność. Wszak to moja prywatna gazeta i mogę pisać co mi ślina na język przyniesie. Zacznę od drobnego wyjaśnienia. Moja ksywa "killer", o której pisze pani Szaflik, nie ma nic wspólnego z gazetą, ostrym pisaniem czy kreowaniem się na "prawdziwego killera". Otrzymałem ją w harcerskim klubie kajakarstwa górskiego. Kiedy wahałem się, czy pokonać szczególnie trudny dla mnie odcinek rzeki, ktoś ze znajomych krzyknął: "Ty jesteś killer czy jakaś popierdułka?" (dla nie znających tematu to z filmu "Killer" Machulskiego). Spłynąłem ten fragment, a ksywka została. Do dziś mam koszulkę "killera" ubranego w koło ratunkowe z kaczuszką. Trzeba mieć dystans do siebie. "Killer" nie był ksywą podkreślającą moje ego (na które dziękuję nie narzekam), ale raczej moje słabości na górskiej rzece. A jak ktoś czuje się twardzielem, to szczerze polecam lodowcowe rzeki Islandii. Łatwo można zweryfikować swoje możliwości.

Tyle o mnie. Teraz o polityce. Pani Szaflik kompletnie nie rozumie (poza znaczeniem felietonu) także idei wyborów samorządowych. Mówienie o polityce i politycznych rozgrywkach jest jakimś nieporozumieniem. Wybory samorządowe mają na celu wyłonienie reprezentacji mieszkańców - i każdy, bez względu na wykonywany zawód, poglądy polityczne, czy wyznanie, ma prawo wyboru. Próba odebrania tego prawa Wesołowskiemu przez panią Szaflik na łamach mediów finansowanych z miejskiej kasy jest zwykłą bezczelnością. W tym miejscu nie będę się już nawet odwoływał do "niezależności" pani dyrektor. Bo nie ma się do czego odwoływać. Nasi Czytelnicy mają do swojej dyspozycji obie gazety - Głos i Przegląd i sami potrafią ocenić znaczenie słowa niezależność i obiektywizm. Osobiście nigdy nie odważyłbym się podważać czyjegoś prawa wyborczego - bo to pod ważanie podstawowych zasad demokracji. W jednym się zgadzam z panią Szaflik. Otóż radni powinni być mądrzy, doświadczeni i wykształceni. I to samo po winno dotyczyć, a niestety nie dotyczy, wszystkich dyrektorów placówek miejskich.

Tyle o polityce. Teraz o Wesołowskim. Z ostatniego numeru "Głosu Piekarskiego" można się do wiedzieć, że Wesołowski wraca do Afryki. W gąszczu skomplikowanych wynurzeń pani dyrektor Teresa Szaflik usiłuje udowodnić, że felietony to nie felietony i chyba jeszcze coś, czego nie zrozumiałem. Ale ja prosty chłopak jestem i nie muszę wszystkiego kapować. Z tekstu możemy przeczytać, że Wesołowski jako felietonista PP nie ma prawa do udziału w wyborach samorządowych. Bo wszystko co robi od miesięcy w naszej gazecie to kampania wyborcza. Oczywiście przyznajemy Pani dyrektor rację. Wesołowski po szedł na studia z myślą o kandydowaniu na radnego, pisze doktorat, bo świetnie wygląda to w ulotkach wyborczych, pracował w Afryce na rzecz jej mieszkańców, aby wpisać to do CV i całe życie poświęcił temu, żeby zostać piekarskim radnym. Córkę też ma tylko po to, żeby dobrze wyglądała na zdjęciach. Gratuluję sposobu myślenia. Z naszej strony wyrażamy natomiast zadowolenie, że pani dyrektor Teresa Szaflik postanowiła uzupełnić wykształcenie i studiuje. Potrafimy to docenić. I to rzecz zdecydowanie pozytywna. Osobiście dla pani dyrektor, jak dla Radia i placówki, którą kieruje. I oczywiście wierzymy, że stało się to z prawdziwej potrzeby ducha, a nie dla zachowania stanowiska.



PS. Do tej pory starałem się stać na uboczu roz grywek politycznych. Udostępnialiśmy nasze łamy na zasadach reklamowych wszystkim stronom gry wyborczej. Nigdy nie wskazywałem dobrych i złych kandydatów. Na łamach PP starałem się prezentować poglądy wszystkich stron. Teraz w obliczu prowadze nia negatywnej kampanii wyborczej przez dyrektorkę MDK i Radia Piekary przeciwko Tomaszowi Wesołowskiemu postanowiłem jednak zabrać głos w tej sprawie. Jako politolog chciałbym zwrócić Państwu uwagę na znaczenie wyborów samorządowych. Naszym zadaniem jest wybranie ludzi, którzy będą reprezen tować nasze interesy w Radzie Miasta. Ludzi, którzy będą rozwiązywać nasze problemy. I nie ma to nicze go wspólnego z "polityką". Zachęcam do dokonania dobrego wyboru, a przede wszystkim do wzięcia udziału w wyborach samorządowych. Nie można wy brać gorszego rozwiązania niż pozostanie w domu. Jeśli zastanawiacie się Państwo nad poparciem w tych wyborach Tomasza Wesołowskiego, mogę powiedzieć tylko jedno. Gdybym głosował w Piekarach Śląskich - Tomasz Wesołowski miałby mój głos. Znamy się od wielu lat i jest jedną z niewielu osób, na której mogę bezwarunkowo polegać. Jestem przekonany, że Państwa także nie zawiedzie. Mogę także zagwarantować jedno - nie będziemy mu słodzić i z pewnością rozliczymy radnego Wesołowskiego na łamach PP, bo otrzymanie takiego poparcia jest jednoznaczne z przyjęciem ogromnej odpowiedzialności.

powrót :: strona główna

Złodziejskie metody


listopad 2006

Ja w takim świecie nie chcę żyć. Rozumiem, że kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami, ale to co się stało wola o pomstę do nieba. Kiedy kandydatowi na prezydenta Tomaszowi Ciskowi ukradziono baner reklamowy z drugiego piętra bu dynku nikt nie spodziewał się, że zrobił to... Zakład Gospodarki Mieszkaniowej. Sprawą kradzieży zajęła się piekarska policja i to ona ustaliła, że baner wyborczy zdjęli z prywatnego balkonu pracownicy ZGM. Dostali polecenie zdjęcia innego baneru reklamowego - Przeglądu Piekarskiego, ale że ten został wcześniej przez redakcję usunięty, to zdjęli sobie inny, wyborczy, wiszący na prywatnym mieszkaniu. Po co wracać z pustymi rękami. Podobno całe to wydarzenie to pomyłka. Ot, chłopakom pomyliły się domy, wysokość na jakiej wisi baner, treść banerów - słowem wszystko. Szkoda, że nie pomylili się i nie zdjęli baneru prezydenta Korfantego, który mimo interwencji banku wciąż nielegalnie wisi na budynku Banku Śląskiego. Co tam będą sobie głowę zawracać. Za kilka dni wybory to się potem zdejmie. Szkoda też, że kiedy wykryto już pomyłkę - nikt nie wpadł na pomysł, aby skradziony baner oddać. A co tam, za kilka dni wybory, to wtedy się odda. Jeśli takie metody przyświecają kampanii samorządowej i piekarskim elitom politycznym, to może faktycznie zamiast głosować, lepiej zostać w domu.

powrót :: strona główna

Prawdziwa "droga" sensacja


październik 2006

Kiedy w jednym z poprzednich numerów napisaliśmy o "problemach z ciepłem", niedotrzymaniu terminów przez MPEC i wielkiej prowizorce przy uruchamianiu lokalnej kotłowni podniósł się krzyk. Jesteśmy tanie dziennikarzyny, szukamy sensacji, a w ogóle wszystkie problemy wynikły z winy nieszczelnej sieci - oczywiście po stronie Spółdzielni Mieszkaniowej. MPEC jest gotów i wyrobił się w terminie. Tym bardziej zaskoczył mnie fakt, że chociaż minęły kolejne tygodnie kopalnia i osiedle (przynajmniej w części) wciąż zasilane jest z kotłowni Andaluzja, a komin, który miał być zlikwidowany - wciąż dymi. Propaganda sukcesu i wciskanie ludziom ciemnoty na najwyższym poziomie. MPEC i tak ma fart, że temperatura jeszcze nie spadła, a letnia woda i zimne kaloryfery nie dopiekły mieszkańcom tak, jak mogłoby się to stać. MPEC ma fart, że kotłownia Andaluzja, która miała być zamknięta wciąż grzeje. Bo inaczej mogłoby dojść do skandalu - a tak trzeba było tylko wysłuchać kilkudziesięciu wkurzonych osób. MPEC ma fart, że wycofać się z inwestycji nie można - bo mieszkańcy głośno już mówią o tym, że byli manipulowani. O tym, że cena wzrośnie - każdy wiedział, nikt nie wiedział jednak dokładnie o ile. Jak już mniej więcej wiadomo, to mieszkańcom się to nie spodobało. I co? I niestety nasze na wierzchu. Czasy propagandy sukcesu minęły. Tytuł "kotłownia zgodnie z planem" nie ogrzeje mieszkań. Nieważne ile razy się to przeczyta. A problemy z ciepłem to żadna tania sensacja. To po prostu zwykły skandal i to nie tani, bo zdrowo uderzy po portfelach.

powrót :: strona główna

Sztuka czytania


październik 2006

Wiele emocji wzbudzają felietony publikowane w Przeglądzie Piekarskim w rubryce "Całkiem subiektywnie". Dlatego, żeby rozwiać powstające wątpliwości postanowiłem temat potraktować poważnie. Pojawiające się zarzuty wobec felietonistów są ostre. Wesołowskiemu oberwało się mianem krzykacza uprawiającego krytykanctwo. Ja usłyszałem, że krytykuję wszystkich i wszystko, a świat widzę tylko w czarnych kolorach. Powinniśmy rozmawiać z ludźmi, powinniśmy zbadać dokładnie sprawę, powinniśmy pisać pozytywnie... Co ciekawe, wiele osób uważa, że ma prawo nas pouczać, wskazywać tematy i sposób ich interpretowania. Słowem - po prostu wiedzą lepiej co należy o danej sprawie myśleć.

Otóż, to nie do końca tak... Oczywiście mógłbym twierdzić, że mam rację, ale i tak nikt by nam nie uwierzył. Postanowiłem przytoczyć wiec kilka przykładów z literatury - a wnioski każdy wyciągnie sobie sam.

Na początek Janina Fras i jej "Dziennikarski Warsztat Językowy". "Felietony mają najczęściej swoje stałe miejsce w gazecie i są pisane przez tą samą osobę, zdarza się, że nawet kilkadziesiąt lat. Rubryka felietonu ma także stały tytuł. Już sam tytuł cyklu sygnalizuje postawę niezawisłości i przekory oraz skłonność do uprawiania gry z czytelnikiem. Felieton wyróżnia szczególna wyrazistość autorskiego stylu oraz związany z tym subiektywizm ujęcia poruszanych tematów. Swoistą cechą wypowiedzi felietonowej jest jej ostentacyjna nieoficjalność, prywatność sądów, esponowanie podmiotu autorskiego, zabierającego (rzekomo) głos wyłącznie we własnym imieniu. Tematyka felietonu jest nieograniczona, choć tekst powinien nawiązywać do spraw aktualnych i realiów bliskich czytelnikom. Felietonista ma prawo pisać bardzo osobiście, emocjonalnie i tendencyjnie. Może być w swoich sądach niesprawiedliwy, polemiczny, prowokatorski lub moralizatorski. Może być surowym krytykiem, płomiennym rzecznikiem jakiejś sprawy. Felietony często są zaprawione żartem, szyderstwem, ironią, ale i powagą. Mogą być emfatyczne i prześmiewcze. Styl i język felietonu nie są ograniczone żadnymi rygorami - jednorodności czy poprawności."

No cóż.. można więc sobie pofolgować. Może być ostro, niesprawiedliwie, brutalnie i wulgarnie. Takie prawa gatunku. Oczywiście, nie pasuje to tym, w których uderza. Prezydent naszego kraju obraził się na niemieckich dziennikarzy i nie pojechał na spotkanie międzynarodowe. Jego decyzja. Ale chyba lepiej byłoby wrzucić na luz i nie brać wszystkiego tak bardzo do siebie. Bo moment, w którym tracimy dystans do siebie i nie potrafimy się z siebie śmiać, to moment, kiedy zaczynają się z nas śmiać wszyscy inni. Bo ktoś kto biega wszędzie z pretensjami i kto chciałby narzucać sposób pisania dziennikarzom - nigdy nie będzie traktowany poważnie. A złośliwe pismaki tym bardziej dadzą mu w kość. Ale wracając do felietonu:

Maria Wojtak w "Gatunkach prasowych" pisze, że "felieton to utwór dziennikarski oparty na faktach, wyróżniający się elementami indywidualizmu, opozycyjności, artystycznego przejaskrawienia, nie cofający się przed zastosowaniem artystycznej fikcji."

Od felietonisty nie można więc wymagać przeprowadzania wywiadów. Autorka idzie zresztą w swoich rozważaniach jeszcze dalej:

"Wielokształtność wypowiedzi felietonowej wzbogaca się dzięki adaptacjom gatunkowym o nieostrych granicach i takiemu kreatywnemu formowaniu tekstu, że jedyny wyznacznikiem felietonowości staje się to, iż został wydrukowany w miejscu przeznaczonym na felieton".

W związku z powyższym Redaktor Naczelny Przeglądu Piekarskiego ostrzega: teksty publikowane w dziale Całkiem Subiektywnie są felietonami, a co za tym idzie są tendencyjne, złośliwe i całkowicie pozbawione dobrego smaku. Jeśli masz zbyt wrażliwą duszę - nie czytaj. Jeśli czytasz i nie rozumiesz - znaczy się, że jesteś MUGOLEM.

powrót :: strona główna

Klapki na oczach


sierpien 2006

Większość z nas żyje zapatrzona w siebie. W mniejszym, lub większym stopniu każdy z nas jest egoistą. Jesteśmy zazdrośni i zawistni. Szczęśliwy jest ten, kto ma lepiej od innych. Takie motto życiowe w czasach konsumpcji. Sąsiad, który kupił nowe auto dumnie parkuje codziennie pod blokiem i rozgląda się, czy ktoś przypadkiem nie ma lepszego. Pozostali sterczą w oknach i gapią się jak sroka w kość. Skąd on na to wziął kasę? Jak jest młody - to pewnie handluje prochami... Jak starszy to dorobił się na nieczystych układach. Nie lubimy tych, którzy zarabiają więcej od nas, nie lubimy tych, którzy mają ładniejsze żony, nie lubimy tych którzy spędzają egzotycznie wakacje, a najbardziej nie lubimy tych, którym nie tyle się udało, ale naprawdę są od nas lepsi: w sporcie, nauce, w pracy...

Mój znajomy pracuje na uczelni. Zdolna bestia. Nie wiem jak to możliwe, że taki leser jak ja skumplował się z największym jajogłowym na roku, ale jakoś tak wyszło. Dziś ja biegam po mieście pisząc o dziurach w drodze, a on zrobił doktorat i wykłada na kilku uczelniach. Byłem na obronie doktoratu - zgrabnie wypunktował czepiającą się komisję, obalił ich argumenty i pozostał przy swoim. Żadnego głaskania po głowie komisji. Jeden z niewielu, których nie można nazwać konformistą. Jak coś mu nie leży to mówi otwarcie. I władzom, i studentom. No to się starszyzna zebrała i nie przedłużyła umowy o pracę - taki straszak przed wakacjami - niech się gówniarz stresuje. Wszyscy wiedzą, że ma rację, większość po cichu mu kibicują - ale otwarcie wszyscy są przeciw. Bo podpadł, a inni nie chcą podpadać. I nikt nie słucha argumentu, że jakby wszyscy siedzieli cicho, to my wciąż siedzielibyśmy w PRL-u. Starszyzna czując się zagrożona wykorzystała swoją władzę - po co im młody i zdolny człowiek, który ma własne zdanie i mógłby w przyszłości im zagrozić. A chłopak wykorzystał wolny rynek i przyjął lepszą ofertę innej uczelni.

Gadatliwy jestem jak stara baba. Mielę ozorem na prawo i lewo. Do polityki się nie nadaję. Ostatnio na imprezie w gronie znajomych pośmialiśmy się z świata polityki, bo traktować go poważnie nie można. A tu kilka dni później dzwoni do mnie jeden ze śląskich posłów z pretensjami. Bo jeden z moich znajomych jest asystentem innego posła... I informacja poszła w świat. Chłopaka rozumiem, bo ja też przez wrodzone gadulstwo puściłbym plotkę dalej. Ale on nie jest gadułą. Taką mam pracę - mówi. Obowiązek ponad wszystko. Sprawozdanie trzeba złożyć. Ręce opadają. Polityka wciąga jak narkotyk, nawet jeśli pływa się tylko po jej obrzerzach. Swojego pracodawcę trzeba zasłonić własnym ciałem i oddać za niego nie tylko życie, ale i duszę. Kiedy rozmawiamy o nieczystej grze wyborczej chłopak ucina dyskusję. A kogo to obchodzi? Wygraliśmy wybory - tylko to się liczy!

Każdy ma jakieś klapki na oczach. Ja ślepo wierzę w siebie i mam przerost ego. Można z tym żyć, zwłaszcza, kiedy człowiek zdaje sobie z tego sprawę. Inni ślepo wierzą w innych. Albo w pieniądze. Albo w politykę. Każdemu coś przysłania wzrok. Ale w co wierzą ludzie, którzy kąpali się nad zalewem Chechło, kiedy topił się młody człowiek, a jego brat krzyczał o pomoc to ja już nie wiem. Nie tylko nikt nie ruszył z pomocą, ale kiedy wreszcie ratownicy wyciągnęli ciało plażowicze nawet nie przerwali wypoczynku. To nie ich tragedia - można udawać, że nic się nie stało. I jedni się opalają, inni kąpią lub grają w karty - dzieci wesoło baraszkują, a między nimi leży przykryte ciało. Show must go on.

powrót :: strona główna

Złośliwa świnia


lipiec 2006

Taki jestem. Złośliwy i zły. Negatywnie nastawiony. Niezadowolony z życia, czepiający się innych. I wszystko widzę w czarnych barwach. Nie dostrzegam rzeczy pozytywnych. Zrywam z patriotyzmem i kibicuję naszym przeciwnikom. Po prostu złośliwa świnia.
Kibicowałem całym sercem Kostaryce. Bo dość już mam wyszukiwanych usprawiedliwień. Graliśmy jak nigdy przegraliśmy jak zawsze. I już tego lata nie wygramy mistrzostw świata... Kibicowałem Kostaryce, bo Janasowi i jego drużynie należały się wciry. Trzy porażki, bez strzelonych bramek i gorzki powrót do domu. A tak... Zabrakło szczęścia, były okazje, przeciwnik nie pozwolił, taktyka, kontuzja, żółta czy czerwona kartka. Cała masa słów, które nie mają znaczenia. Jeśli kogoś można podziwiać, to tylko naszych kibiców. Że wytrzymali. Bo ja tego całego ukrywania treningów, zamykania drzwi i robienia wielkiej tajemnicy nie potrafiłbym zdzierżyć.
Jestem zły i niedobry. Atakuję Miejski Dom Kultury i Głos Piekarski. Czepiam się, krzyczę i pyskuję. Cytuję niedobrych radnych opozycji i robię z igły widły. Bo rozwożenie gazet przez Straż Miejską to dobry pretekst, żeby przywalić konkurencji. To nie ma na co czekać. Druga taka okazja może się nie powtórzyć...
Trzeba także powiedzieć, że ostatnia sesja Rady Miasta, też się udała. Postronni obserwatorzy byli zaskoczeni i oburzeni. Bo też radni dali taki popis elokwencji i zrozumienia tematu, że hej! A jak już się urodził jakiś pomysł, nad którym można było popracować, to z braku wiedzy, bez chęci znalezienia rozwiązania radni po najmniejszej linii oporu odrzucili uchwałę w całości. A co tam.... Będą inne pomysły. Jeśli coś zrobiło na mnie wrażenie to wystąpienie radnego Harwiga, który stwierdził, że przewodniczący Rady Miasta korzystając ze swoich uprawnień powinien wszystkich wyrzucić z sali obrad...
Nikt nie lubi czytać o sukcesach. Skupimy się więc na porażkach. Taki mały, lokalny fakcik... Ktokolwiek układał plan Dni Miasta też ode mnie oberwie. Nawet nie wiem kto jest tym geniuszem, ale żywię do niego wielki respekt. Bo tak jak Janas poszedł w zaparte stawiając na Kuszczaka zamiast na Dudka i Rasiaka zamiast Frankowskiego, tak on, tajemniczy nieznajomy, stwierdził, że Ewelina Flinta wystąpi na scenie w chwili, w której sędzia rozpocznie finał Mistrzostw Świata. A co? Polacy w nim nie zagrają, to nie warto oglądać... Organizatorom gratulujemy pomysłu. I w Przeglądzie Piekarskim nie będzie fotki z koncertu, ani wywiadu z gwiazdą. Bo chociaż to Flinta, to jednak nie tego kalibru co mecz finałowy. I coś mi mówi, że rekord ilości osób na tym koncercie nie padnie. Może trzeba było obok sceny postawić telebim i transmitować spotkanie? Po prostu ręce opadają.
I taki jestem niedobry. Taka złośliwa świnia żądna sensacji. Wszyscy wiedzą, że w Piekarach niektóre fakty są sensacyjne, ale to ja, wredny typ, wyciągam je na światło dzienne. Zamiast pisać o pięknej pogodzie, poświęcam miejsce problemowi alergii. Przyznaję. Naprawdę złośliwa świnia.

powrót :: strona główna

Mission impossible


czerwiec 2006

Dziennikarz jest jak James Bond. Porozmawiać z nim trzeba, ale lepiej uważać na to, co się mówi. Najlepiej byłoby zlikwidować, ale to nie takie proste. Trzeba więc ścierpieć jego obecność. Przynajmniej tak długo jak to konieczne. Albo odgrodzić się od niego murami nie do przebycia. I czasami dostać się do interesującej nas osoby to piekarski "mission impossible".
Nie wszyscy chcą rozmawiać. Dostanie się na przykład do prezesa Orła Białego graniczy z cudem. Kilka telefonów, obietnic oddzwonienia i w końcu informacja od sekretarki: proszę przeczytać w prasie... Szczęka mi opadła. Myślałem, że ja jestem z prasy. Wysłałem maila z infor macją co o tym myślę i po dwóch miesiącach jest sukces. Telefoniczna prośba o sformułowanie i przesłanie drogą elektroniczną pytań. Prezes musi się przygotować... No to może napiszemy coś za pół roku... A może nie napiszemy, bo jestem już dosyć zniechęcony.
Są też tacy, którzy w natłoku zajęć nie odbierają telefonów, nie odpisują na maile i smsy. Chciałbym wierzyć, że to z natłoku pracy. Jednak jeśli ma to być sposób na unik nięcie niewygodnych pytań, to raczej karkołomna metoda. Bo efekt jest jednoznaczny. Jednoznacznie niekorzystny.
Słyszałem o jednym naczelniku wydziału, który musiał przerwać rozmowę z dziennikarzem. Bo szef wzywa w trybie pilnym. Rozmowa była krótka. I nie zrobiło na nim wrażenia, że w gabinecie siedzi dziennikarz. Jak mówi na tychmiast to natychmiast. I trzask odkładanej słuchawki... A informacje trzeba będzie wydobyć kiedy indziej.
W jednej szkole średniej dyrektor męczony przez dziennikarza zauważył, że aktualnie jest gorący okres i wszy scy są zapracowani. Ale od września bardzo chętnie pomo gą... Są chwile, w których mój entuzjazm znacząco opada.
Na szczęście nie jest tak źle i niektórzy się starają. Rzecznik policji jako jedyny przesyła dziesiątki informacji. Bez względu na to, czy ich potrzebujemy czy nie. Bez wzglę du na to, czy prosimy czy nie. I chwała mu za to, bo dlatego o nie akurat nie musimy sie martwić. Bo po prostu zawsze są.
Zresztą akurat z policją dobrze się współpracuje. Nigdy nie widziałem tak sympatycznych policjantów jak ci, którzy zatrzymują i kontrolują samochody w obecności dziennikarza. Miodzio. Chociaż aż trudno w to uwierzyć, czasami kończy się tylko na kulturalnym upomnieniu. Że też nigdy podczas kontroli czy wykroczenia nie trafi łem na takich.

powrót :: strona główna

Niech to szlag


maj 2006

Są chwile, w których ogarnia mnie taka wściekłość, że mam ochotę krzyczeć. Na cały głos, bez opamiętania. Bo nic innego nie można już zrobić.
Kobieta morduje swoje nowo narodzone dzieci. Pięcioro. Rok po roku. Wszystkie ciała trzyma w zamrażarce, później w beczce po kiszonej kapuście. Oprócz tych zamordowanych, ma jeszcze kilka żyjących. Niby zwykła, normalna rodzina. Sąd skazuje kobietę na dożywocie. I co? I w tym pięknym, katolickim kraju, gdzie aborcja jest zabroniona, bo zapłodniona komórka też człowiek, ludzie podnoszą krzyk, że wyrok jest... zbyt surowy. To już nie krzyk chce się uwolnić z mojego gardła tylko przeraźliwe wycie. Czy wyście ludzie poszaleli?! Nie ma takiego wyroku, który oddałby sprawiedliwość. Nawet kara śmierci to za mało. Człowieka nie można przecież zabić pięć razy.
Z drugiej strony ojciec dzieci, który został przez sąd... uniewinniony. Pięć razy nie zorientował się, że żona jest w ciąży. Nie wiedział, że urodziła. Nie wiedział, że w zamrażarce ma własne dzieci. Nie wiedział, co jest w beczce, którą podczas przeprowadzki zabrali ze sobą. Włos się na głowie jeży, kiedy pomyślę, że ktoś w to uwierzył. A kiedy człowiek w bezsilnej złości krzyczy, ludzie patrzą na niego jak na wariata.
W Piekarach Śląskich w krzakach znaleziono ciało noworodka. Odcięta pępowina. Przeleżał tam trzy miesiące. Nikt poza matką nie wiedział, że w ogóle się urodził. I to wszystko możliwe jest w kraju katolickim, w którym kościoły co niedzielę pękają w szwach. Wcale nie zdziwiłby mnie fakt, że obie matki regularnie chodziły na msze. Szkoda tylko, że bezrefleksyjnie.
W obliczu takich przypadków myślę sobie, że chociaż kościół jest przeciwny, należałoby zacząć tłuc ludziom do głowy wiedzę o antykoncepcji. Najlepiej w podstawówce, bo tu jeszcze trzeba chodzić. I na okrągło, do znudzenia. I na ocenę. Nie zaliczysz, powtarzasz klasę. A tabletki antykoncepcyjne dla kobiet rozdawać za darmo. I prezerwatywy. I plastry. Bo jeśli można uniknąć takich sytuacji to warto.
Mam przyjaciół, którzy od dwóch lat starają się o dziecko. Powtarzające się badania, wyniki, stres i kolejne próby. Rodzinny dramat. Zapłodnienie "in vitro" jest drogie, nie ma gwarancji sukcesu, a do tego potępiane przez kościół. Ale i tak zbierają pieniądze. Bo im zależy. Bo pragną tego dziecka najbardziej na świecie.
Mam też innych znajomych. Dwóch gejów. Wstrętni zboczeńcy. Pedały. Nie są małżeństwem, bo w Polsce nie ma takiej możliwości. Ale żyją i mieszkają razem już kilka dobrych lat. Dzieci mieć nie będą. W naszym super tolerancyjnym kraju nie mogą nawet liczyć na akceptację. Więc się kryją jak mogą. W pracy, wśród znajomych, w gronie rodzinnym. A ja dałbym im pod opiekę tego noworodka z Piekar Śląskich. Z pewnością byłoby to lepsze rozwiązanie niż krzaki, beczka czy zamrażalnik.
Wciąż mam ochotę krzyczeć. Z bezsilnej złości. Niech to szlag.

powrót :: strona główna

Oko za oko

kwiecień 2006

Nawet niewielki kamyk wrzucony do spokojnej wody zburzy gładką toń. A fale będą rozchodzić się szerzej i szerzej. I trochę to potrwa zanim sytuacja się uspokoi. A jak nie przestaniemy rzucać kamieniami, to o gładkiej toni nie można nawet marzyć. Więc chwilowo w Piekarach nie ma co oczekiwać spokoju, bo kto tylko może wali wszystkim co ma pod ręką.
Zaczęło się od afery korupcyjnej, która zatacza coraz szersze kręgi. O sprawie pisały już media, łącznie z Rzeczpospolitą temat jest więc nieco... wyeksploatowany. A jednak wciąż powraca, w takiej czy innej formie. Na sesji dosłownie wyciskano łzy z obecnych opowiadając o ochronce, biednych dzieciach i ich dobroczyńcach. Jeszcze trochę, a radny Tomasz Cisek uwierzyłby w to, że protestował przeciwko ich dożywianiu. Atmosfera była tak doniosła, że wystarczyło, żeby ktoś nadstawił kapelusz, a gotówka popłynęłaby szerokim strumieniem. Teatralny charakter całej tej sceny zauważył jedynie radny Ireneusz Komoszyński, o którym się mówi w kuluarach, jako o kandydacie PIS na prezydenta miasta...
Siła akcji równa się reakcji. Prezydent na posiedzeniu komisji postawił radnemu Ciskowi szereg niewygodnych pytań. O wakacje, o urlop bezpłatny, o zatrudnienie żony w stowarzyszeniu...
Poza tym, ludzie listy piszą. Co prawda były dyrektor SP ZOZ i Szpitala Miejskiego Henryk Myrcik listu do Przeglądu Piekarskiego nie wysłał, ale można było go przeczytać w Dzienniku Zachodnim i Gwarku. Jako były prezes Stowarzyszenia Nasze Piekary wygarnął prezydentowi, że wcześniej Stowarzyszenie pieniędzy na dożywianie dzieci nie brało i jak on był prezesem, to charytatywna działalność miała inaczej wyglądać. Odpowiedź również listowna była natychmiastowa, z tym, że nie ukazała się w prasie. O działalności prywatnej dyrektora Myrcika, którą zajmował się dobrze, w przeciwieństwie do miejskiej służby zdrowia. I o kilku innych rzeczach...
Inne listy polityki dotyczą tylko pośrednio. Niezadowoleni i nieco powiązani z byłym dyrektorem Szpitala pracownicy, walą w nowego dyrektora czym tylko mogą. A, że niewiele mogą, to więcej z tego śmiechu niż szkody. A gdzie w tym polityka? Jak się wali w dyrektora, to się wali w prezydenta, który go zatrudnił...
Pranie trwa. Pranie brudów. Trochę już jestem tym zniesmaczony, ale przez najbliższe pół roku nie ma się co spodziewać zmiany sytuacji. Ot, trzeba tylko poczekać, kto wrzuci następny kamyk do naszego spokojnego jeziorka...

powrót :: strona główna

Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem

marzec 2006

Słabość, brak konsekwencji i totalne partactwo. Wszystko to jednym posunięciem odsłonił u naszych urzędników jeden człowiek. I jednocześnie wywalczył to o co walczył. Zbyszek Gałka. Jestem szczerze zaskoczony. Nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że jest to rok wyborczy.
Nie było podjazdu dla niepełnosprawnych przy Miejskim Domu Kultury. Wyjechał więc chłopak wózkiem na drogę i zaczął zbierać podpisy. Kiedy wreszcie wręczył je prezydentowi było ich już ponad dziewięćset, ale przecież sprawa straciła nieco na znaczeniu, bo dziwnym sposobem podjazd... już jest. Na razie tymczasowo i prowizorycznie, ale wkrótce będzie wykonany jak trzeba. Niestety nie od frontu, ale w końcu nie można mieć wszystkiego. Nawet taki uparciuch jak Zbyszek to rozumie. Tablica dumnie zawisła nad wejściem: "dla niepełnosprawnych". Szkoda tylko, że jak Zbychu tam podjechał to drzwi były... zamknięte. Aaaaaaaaaaaaa! Już sam nie wiem śmiać się, czy płakać?
No i czego się pan czepiasz jak podjazd stoi? Nie ma podjazdu - źle. Jest - też źle. Dziennikarzom nie dogodzisz. I w tym rzecz. Bo nam nikt nie musi, a nawet nie powinien dogadzać. Tymczasem podjazd stoi na odczepnego. Żeby się już nas nie czepiali. A przecież podobno projekt wszystko przewidywał, więc po co nam prowizorki. Zbyszkowi aż tak nie zależało. Zadawał pytania, zbierał podpisy i chciał... zobaczyć projekt. Na którym czarno na białym miał być podjazd. Teraz złapał wiatr w żagle. Przyjdziesz i poprosisz to cię odeślą. Walniesz pięścią w stół to ulegną. To chłopak już kombinuje czym by się tu zająć. Co załatwić. To może my ogłosimy konkurs na sprawy do załatwienia. Czytelnicy zgłaszają, my walimy w stół i zobaczymy co się uda. Jak ktoś ma jakiś pomysł to jedziemy. Zbychu nam pomoże.
Prezydent dwa razy odwiedził Zbyszka Gałkę w domu. I być może uda się zamienić mieszkania. Z drugiego piętra na parter. Przynajmniej coś się zaczęło dziać. Tylko czy takie drobiazgi trzeba przez media załatwiać? I to najlepiej raz na cztery lata jak okres jest nieco... gorący? Ilu takich Zbyszków mieszka w Piekarach, których prośby czy podania odrzucono? Ilu nawet nie próbowało prosić? Cholera wie. Dopóki nie przyjdą do mediów to się raczej nie dowiemy.

powrót :: strona główna

Na linii ognia

luty 2006

Jak tak dalej pójdzie to ludzie naprawdę stwierdzą, że nic tylko atakuję, krytykuję i narzekam. To nie całkiem moja wina, bo MDK sam się prosi o krytykę. Staną na linii ognia, to mu się oberwało. Bo jak się robi remont, a olewa niepełnosprawnych to trudno, żeby było inaczej. Zbyszek Gałka postanowił walczyć o swoje. O prawo do normalnego życia. Bo kiedy jego wózek muszą po schodach wnosić przygodnie proszeni ludzie to nie jest to normalność. I lista podpisów pod petycją rośnie, bo ludzie choć często nie potrafią współczuć, to jednak potrafią docenić fakt, że nieszczęście przytrafiło się komuś innemu, a nie im.
Przejrzałem komentarze w necie. Raz tak, raz siak. Zbyszkowi i jego emocjom się nie dziwię. Nie wiem czy na jego miejscu potrafiłbym w ogóle żyć, a chłopak się stara. Zaskakujące są jednak niektóre wypowiedzi urzędników bezpiecznie ukrytych pod anonimowym, internetowym pseudo. Bo nikt normalny nie powoduje się na przepisy budowlane i różnice między budową a modernizacją. I ktoś krzyczy w sieci: prawo tego nie wymaga. Być może nie, ale wymagałaby tego zwykła, ludzka przyzwoitość. Bo jeśli jutro prawo nie zabrani srania sąsiadowi pod drzwiami na wycieraczkę, to co, wszyscy rzucimy się na korytarz? Wątpię. A jednak urzędnik się nie wychyli i nie ruszy dupy przed szereg, żeby się wykazać. Zasłoni się prawem, paragrafem lub rozporządzeniem. Problem go osobiście nie dotyczy, a tak jest łatwiej, bezpieczniej. Tymczasem moja babcia porusza się na wózku. Wiem co to znaczy. Wiem też, jakie bariery potrafią rzucić przed nią inni ludzie. Telefonu w pokoju mieć nie będzie, bo trzeba by pociągnąć kabel. I inne tego typu duperele. Z czystego lenistwa. Byle nic nie robić. Chce dzwonić niech kupi komórkę. A Zbyszek chciał chodzić to niech chodzi. Po co mu podjazd, skoro nazbierał na protezy? I po co obnosi się ze swoim kalectwem? Nie może dać nam spokoju?
Być może niepełnosprawnych jest w mieście niewielu. Być może na podjazd trzeba by wydać pieniądze. Być może. Ale myślę, że dla osób na wózku cena nie gra roli. Zresztą nie o pieniądze tu chodzi. Bo jak przeglądam prasę to dowiaduję się, że dyrektorka albo nie wie ile ten podjazd miałby kosztować, albo nie chce udzielić tej informacji. Wcale nie zaskoczyłby mnie fakt, że podjazd z przodu i z tyłu budynku kosztuje tyle samo... Ba. Nawet nie wiadomo, kto podjął decyzję w tej sprawie. I to właśnie nasza "przejrzysta gmina". Tak przejrzysta, że nawet półprzezroczysta, przez co wręcz kompletnie nieczytelna. I może właśnie o to chodzi.
A Zbyszek mimo trudnych warunków na ulicach jeździ i mówi, prosi, czasami krzyczy. O pieniądzach wydawanych na prawo i lewo: na gazetę, nowe meble, farbę, metal i szkło. Na rzeczy, bez których można żyć. Na piękny wizerunek. W tym wizerunku niestety podjazd się nie zmieścił. Bo żaden podjazd nie wygląda dobrze. Za to dla niektórych znaczy wejść albo nie wejść. To rzecz, bez której trudno żyć. Być może jest to ważne zaledwie dla kilku osób, ale z drugiej strony, dla ilu osób ważne są nowe meble? Więc Zbyszek uparcie zbiera podpisy. Dla siebie i dla innych niepełnosprawnych. I dla zasady. Na początku podpisów było zaledwie kilka, później sto, dwieście, pięćset i wcale mnie nie zdziwi, jeśli do czasu wydania gazety zbierze ich nawet kilka tysięcy.
Pytanie czy kartka z nazwiskami coś zmieni pozostaje na razie bez odpowiedzi. Z takim poparciem mógłby jednak chłopak wystąpić z inicjatywą uchwałodawczą w tej sprawie, gdyby była taka możliwość. Ale możliwości nie ma i nie będzie. Co tam będą się ludziska do rządzenia pchali? Nie mają myśleć, prosić i wymagać, tylko grzecznie słuchać. Ale kto wie, może się mylę. Rok jest wyborczy i w tym okresie potrafią się dziać cuda.

powrót :: strona główna

Niebo czy piekło?

styczeń 2006

Jest takie powiedzenie, że jaki jest koń, każdy widzi. Okazuje się, że jeśli chodzi o miasto, to każdy widzi co innego. Władza jedno, opozycja drugie, a mieszkańcy i tak wiedzą swoje. Ale jak ktoś nie ma jeszcze wyrobionego zdania to może wybierać między dwoma skrajnymi pozycjami.
Piekary Śląskie to kraina mlekiem i miodem płynąca. Władza jest nieomylna i krok po kroku zdąża ku lepszym czasom. A jeśli czegoś nie udało się jeszcze zrobić, to tylko dlatego, że zabrakło nieco czasu. Ale w sumie to udało się zrobić wszystko. Wszystko co możliwe. Nikt nie zrobiłby niczego lepiej. I nikt nigdy nie zrobił więcej. A w ogóle to już niewiele zostało do zrobienia. Same drobiazgi. Błędy (poprzedników) zostały naprawione. Teraz już będzie z górki. Drobne uzupełnienia wprowadzi się... po wyborach. Słowem jest pięknie. I trudno zrozumieć tych, którym się coś nie podoba. Narzekają i narzekają. Tylko po to, żeby narzekać. A dziennikarze czatują szukając sensacji, której nie ma. Zamiast zająć się czymś pożytecznym, czyli dostrzeganiem tego jak jest... pięknie.
Piekary Śląskie toczy rak. W najlepszym wypadku choroba została zatrzymana i stoimy w miejscu. Ale to właściwie wychodzi na to samo jakbyśmy się cofali. Władza popełnia błąd za błędem, a płacą za to mieszkańcy. Nic się nie dzieje. Stagnacja. Marazm. A przecież możliwości są ogromne. Jak śpiewają Golce, choć na razie jest ściernisko można zrobić San Francisco. Ale nic nie robimy i to wciąż ta sama dziura zabita dechami. Nic tylko uciekać, zanim ogólne zniechęcenie nas ogarnie.
Rok jest wyborczy. Figury na szachownicy zostały rozstawione. Rywale rozglądają się czujnie wokoło. Pierwszy mały kroczek zrobiony, ale prawdziwa bitwa dopiero się zacznie. Będzie wesoło. Będzie się działo. Większości mieszkańców to jednak delikatnie mówiąc zwisa. Bo jak pensja nie wzrośnie, to się poziom życia nie podniesie. A na to nic nie wskazuje. Cała reszta to tematy zastępcze. Fajnie mieć obwodnicę, ale trzeba by jeszcze mieć czym na tę obwodnicę wyjechać. A tu większość żyje od pierwszego do pierwszego. I ani to kraina mlekiem i miodem płynąca, ani to miejsce toczone chorobą. Ot, miasto jakich wiele. I rzeczywistość. Nie bajka.

powrót :: strona główna

Zaszumiało, zahuczało...


styczeń 2006

Cieszy mnie samo pisanie, ale nieukrywaną satysfakcję daje mi fakt, że ktoś te rzeczy czyta. Jak w poprzednim numerze zwróciłem uwagę na sytuację w MDK, to się przynajmniej niektórzy radni obudzili. I padły na sesji pytania o kontrolę w MDK, o koszty wydania Głosu Piekarskiego i konkurs na stanowisko dyrektora. Ciekaw jestem odpowiedzi... Czekam na nie z niecierpliwością.
Swoją drogą zacząłem się zastanawiać jakim kolejnym problemem się zająć. Może jak naszych radnych naprowadzić na właściwe tory, to zaczną myśleć. I może wreszcie zaczną robić coś sensownego. Bo jak na jednej sesji zapytano radnego dlaczego jako jedyny głosował przeciw uchwale to bił się w pierś zapewniając, że tylko się wstrzymał. Potem okazało się, że tylko mu się pomyliło. Bo nie wiedział nad czym głosują. Pięknie. Oby tak dalej. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.
Mam postanowienie Noworoczne. Będę notował wyniki głosowań. I kto zabierał głos, a kto nie. I kto mówił z sensem, a kto tylko zabierał zebranym czas. Może z tego wyjść niezła heca. Wynikami oczywiście będę się dzielił z Czytelnikami. Bo przecież jak człowiek zna niezły kawał, to żal go nie opowiedzieć w towarzystwie.
Rządzenie to poważna sprawa. Jak bardzo najlepiej wiedzą dzieciaki w szkole. Na otwarcie nowej pracowni komputerowej trzeba się ubrać na galowo. Bo przyjdzie władza. Cała szkoła postawiona na nogi. Od sprzątaczki, po dyrektora. A dzieciaki ubrane w białe koszulki, z kołnierzykami zapiętymi pod szyją wyglądają po prostu głupio. Ale wstęgę trzeba przeciąć. Walnąć kilka uroczystych słów. A jednak z niektórych twarzy można wyczytać coś zaskakującego. Może lepiej było zostać na lekcji? Dobrze, że przynajmniej komputery są. Z tym, że teraz to już żadna atrakcja, bo prawie każdy ma w domu. A pracownią to się nie ma co chwalić, bo powinna być już dawno. Standardy dawno się zmieniły. I jak wreszcie coś się ruszyło to nie ma się co rozpływać, napawać tym faktem. Bo jak autobus podjeżdża na przystanek to ludzie nie zastanawiają się nad fenomenem koła, tylko wchodzą do środka. A te wszystkie mądre słowa, podziękowania i gratulacje. To tak jakby dziękować kierowcy, ze zatrzymał się na naszym przystanku...

powrót :: strona główna

Pranie mózgu

grudzień 2005

Miałem o tym nie pisać, bo już pojawiły się głosy, że wszystko mi nie pasuje, że tylko krytykuję i narzekam, zamiast zrobić coś konstruktywnego. Prawie wytrwałem w swoim zamierzeniu, ale jak przeczytałem teksty moich kolegów po fachu to coś we mnie pękło. I chociaż mamy grudzień i świąteczny klimat wrócę na chwile do świąt z zeszłego miesiąca. Świąt, których nie lubię...
Pierwszy listopad. Dzień zadumy, wyciszenia, zatrzymania w biegu i refleksji... Jak czytam takie dyrdymały napisane przez młodych, młodszych jeszcze ode mnie ludzi, to dochodzę do wniosku, że przeszli pranie mózgu. O czym wy ludzie piszecie? Jakie zatrzymanie? Jaka refleksja? I gdzie ta cała zaduma? Ślicznie ułożone zdania nie pasują do rzeczywistości, która jest zgoła odmienna.
Pierwszego listopada tłumy ludzi w biegu, przeciskając się między sobą, szukając miejsca parkingowego na zatłoczonych ulicach zaliczają groby. Zaliczają jest tu najlepszym słowem. Nie byli tu od zeszłego roku. Postawić kwiatka, zapalić świeczkę i jazda, bo jeszcze dwa groby, a na drogach korki. Na kolejnym cmentarzu spotykają ciocię Helę, albo wujka Gienka. Kopę lat. Co słychać? Nowe auto, nowy telewizor, a dzieci rosną. Spotkanie nad grobem. Świeczka płonie. A ludzie o pracy, o zakupach, niskich zarobkach i bolączkach życia. Uśmiechnięci, zadowoleni. Czasami jak jest chłodno ktoś podniesie kołnierz i zimne ręce wbije w kieszenie odchodząc w kierunku ciepłego samochodu.
Czas świetnie leczy rany. Tak dobrze, że po jakimś czasie zapominamy o tych, którzy odeszli. Przestaje ich brakować. Życie toczy się dalej. Po co zerkać wstecz. I kiedy nadchodzi ten moment święto zmarłych traci swoje znaczenie. Dzieci nie wiedzą czyje groby odwiedzają. Świeczka, kwiatek i następny cmentarz. To prababcia, to wujek, to daleka kuzynka. Jeden wyraz musi starczyć za cały komentarz. To dzieci chodzą od grobu do grobu, a jedyną atrakcją jest zapalenie świeczki.
Co roku obiecuję sobie, że nie będę odwiedzał bliskich pierwszego listopada. Bo kiedy stoję nad grobem moje myśli i wspomnienia zagłuszają głosy innych ludzi. Ludzi myślących o wszystkim, tylko nie o zmarłych. Bo to nie jest miły temat. Bo jest tyle ciekawszych i ważniejszych spraw.
Kiedy stoję nad grobem uderza mnie fakt jak wszystko się zmieniło. Czasami chciałbym cofnąć czas. Bo kiedyś było lepiej, bo są rzeczy, które nie powinny się zmieniać. Niestety nie mamy na to wpływu. Staram się jednak pamiętać o tym co było. Stojąc nad grobem nie myślę o tym, co jutro. Bardziej zaprząta mi myśli wczoraj. Już niedługo wigilia, a my już nigdy nie siądziemy wszyscy razem przy stole. Wracam powoli. I smutny. Bo to smutne święto. I wkurza mnie, że tego smutku wokół nie widać. Nawet jeśli są gdzieś prawdziwe uczucia, świetnie nauczyliśmy się je skrywać.
Wracając widzę smutną dziewczynę. Stoi nad zaniedbanym grobem. Płonie jeden, samotny znicz. Łzy płyną jej po policzku. Taki obrazek to rzadkość. A jednak się zdarza. Zwykle u osób, które niedawno kogoś straciły. Reszta zdążyła się już przyzwyczaić.

powrót :: strona główna

Kręgosłup moralny

grudzień 2005

Otaczający nas świat czasami mnie przeraża. Kiedy przyjrzeć mu się dokładniej, pod warstwą pozorów pojawia się prawdziwa rzeczywistość. I ona wcale nie jest dobra. Wręcz przeciwnie. Nadchodzi refleksja, że świat i ludzie są źli. Jeśli masz wrażenie, że to nie prawda, to znaczy, że dobrze się maskują. Dlaczego ludzie są źli? Nie mam pojęcia. Być gdzieś po drodze zagubili swoje człowieczeństwo. A może po prostu wracamy do źródeł. Do czasów, kiedy człowiekiem kierował instynkt. Instynkt przeżycia.
Ideały pozostały. Wciąż słychać o szczytnych planach i zamierzeniach. Zwłaszcza przed wyborami. Szkoda tylko, że kończy się na gadaniu. Nie tylko polityków, ale przede wszystkim zwykłych ludzi. Przywiązujemy wagę do pozorów zapominając o tym co w życiu najważniejsze. Bo jak można co niedzielę wysłuchiwać się w słowa księdza na mszy, a jednocześnie oddać matkę do domu starców. Do zwykłej umieralni, bo inaczej tego nazwać nie można, gdzie przeżyje czas, który jej został. Bez życia, bez rodziny, bez zajęć... ale bezpieczna i pod fachową opieką. To zdecydowany krok cywilizacyjny, bo w starożytnej Sparcie zrzucono by ją ze skały, ale i tak pozostaje we mnie niesmak. Ludzie mieszkający na wsi nie znają tego problemu. Tu dom rodzinny jest prawdziwie rodzinny. Nie zamknie się nagle przed najstarszymi. Tu żyli, pracowali i tu umrą, do końca stanowiąc element rodziny. Kiedy człowiek trafia do domu starców wypada z rodziny. Nie uczestniczy w jej życiu. Nie ma nic do zaoferowania. Tylko czeka. Czeka na nieuniknione.
Sumienie jest elastyczne. Potrafi się dostosować. Nie ma powodu, żeby krzyczeć z błahego powodu. Na wszystko jest jakieś usprawiedliwienie. Jakiś racjonalny argument. Zawsze znajdzie się coś, za czym można schować prawdę.
Politycy to mistrzowie w ukrywaniu prawdy. Własną niekompetencję najlepiej zagłuszyć winiąc innych. Zawsze zawinił ktoś inny. Jeśli ktoś powtórzy sobie to w myślach kilkadziesiąt, a może kilkaset razy sam w to uwierzy. I jest gotów bronić swojego zdania, nawet jeśli dokument z własnym podpisem ktoś rzuci mu w twarz. Papierki nie są najważniejsze. Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby któryś z nich przyznał się do błędu. Kryształowo czyści. Jak łza. Jak płatek śniegu. Dlatego im nie wierzę. W ani jedno słowo. W żaden gest. Kto raz oszukał, będzie oszukiwał dalej. Kłamstwo wchodzi w krew. Jest jak nałóg. I nikt na opakowaniu nie ostrzega, że szkodzi zdrowiu.
Na każdym szczeblu tak samo. Od szarego człowieka, urzędnika w Koziej Wólce, po najważniejszych decydentów. Taki mamy kręgosłup moralny. Głód panuje na świecie, umierają dzieci. Zbierają się przywódcy świata, żeby dyskutować o problemie. Konferencja. Stoły uginają się pod jedzeniem, które wystarczyłoby dla niewielkiego miasta. A za cenę samego kawioru i innych przysmaków można by wyżywić niewielkie, afrykańskie państwo. Ale idea pozostaje. Szkoda tylko, że wniosków i konkretnych rozwiązań wciąż brak. Wymowną ciszę zagłuszają słowa. Jak zwykle puste...

powrót :: strona główna

Chory kraj, chore miasto

listopad 2005

Chciałbym wierzyć, że wszystko zmierza ku lepszemu i któregoś pięknego dnia obudzę się w kraju, na który nie trzeba będzie narzekać. Czasami są nawet takie dni, kiedy jestem przekonany, że to już niedługo. Z reguły właśnie wtedy brutalna rzeczywistość sprowadza mnie z obłoków na ziemię.
O wyborach nie będę już pisał, bo mnie mdli na samą myśl. Szczytne hasła, dumę narodowa, ideały, kolejną Rzeczpospolitą i znaczenie mojego głosu mam w głębokim poważaniu. Kraj jaki był taki jest, a Kowalski i tak nie zauważy żadnych zmian. A że inne twarze pojawią się w telewizji to dla mnie niezbyt przekonujące zmiany. Być może rację ma Korwin Mikke, który twierdzi, że to nie trzeba zmieniać ludzi przy korycie, tylko koryto trzeba zabrać. A to się tym razem nie udało. I niektórym udało się do niego dorwać i aż ręce zacierają z zachwytu. Niech się wreszcie zacznie. I jak słyszę kolejny dumny głos wciskający mi kit o podniosłej chwili wyboru i znaczeniu mojego głosu, to mam ochotę puknąć się w czoło. Ważne to jest bierne prawo wyborcze...
Polityka jaka jest każdy widzi. Marszałka Sejmu nie wybiorą, bo trzeba poczekać na wynik wyborów prezydenckich. Bo się układ sił może zmienić. Bo być może uda się coś jeszcze ugrać. Koalicji nie będzie. Rządu też nie. Pogadamy jak skończy się rozgrywka. Co z tego, że zapowiedzi były inne. Jakość polityki i wzajemnych rozgrywek wcale się nie zmieniła. Dlatego trudno uwierzyć, że zmieni się jakość rządzęnia. Prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie, niż politycy zaczną się zachowywać racjonalnie.
A w naszym mieście to niby jest lepiej? Najpoważniejszy aktualnie problem jest nierozwiązany. Wciąż nie wiadomo, kto będzie ogrzewał osiedle Powstańców Śląskich i Andaluzję. Ani lokalnej kotłowni, ani centralnego źródła ciepła. A czas ucieka. A radni na sesji albo zadają pytania, które ktoś im wcześniej na kartce napisał, albo pierdoły pociskają, bo sami nie wiedzą o co chodzi. Niektórzy nawet nie śpią po nocach. Tylko, że z tego niewyspania nic nie wynika. I kolejna sesja poza pustym gadaniem nie przynosi niczego nowego. Żadnych rozwiązań.
Spółdzielnia nie zgadza się na lokalizację lokalnej kotłowni na jej terenie. Bo nie chcą jej mieszkańcy osiedla. Ale radni wietrzą spisek, bo prezes Spółdzielni ma powiązania z firmą, której kotłownia nie leży. Aż miło popatrzeć jak niektórych szlag trafia, bo tym razem siła powiązań leży po drugiej stronie.
Politykę cieplną ma kształtować miasto, ale nie może, bo mu Spółdzielnia przeszkadza. Dwie firmy i nie mogą się dogadać. Bo każdy chce zarobić, a biznes jest biznes. A jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Jedna firma chce budować kotłownię, ale nie może, bo nie ma gdzie. Druga chce centralnego źródła ciepła, ale nie może, bo dopóki miasto nie potwierdzi celowości inwestycji nie dostanie kredytu. Poza tym i tak brakuje jej kapitału. I kółko się zamyka. A gdzie są w tym wszystkim mieszkańcy, którym za rok będzie zimno? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że już trudno będzie dotrzymać terminów. Ja nie muszę się martwić, bo źródło ciepła mam zapewnione, a jak nawet ktoś przykręci kurek, to w szafie leży wspaniały śpiwór wyprawowy. Szyty na zamówienie. Parametry wystarczające. Komfort do -20, przeżycie do -40. Polecam. Bez względu na posunięca lokalnych polityków jakoś to będzie.
Jak już się człowiek ogrzeje i zaspokoi podstawowe potrzeby, to szuka strawy dla ducha. Nie ma to jak jakaś mała imprezka. Koncerty niezłych muzyków nikogo nie dziwią, tylko za kulisami bajzel. Ktoś organizuje, ktoś wykłada kasę, ktoś czuwa nad całością. I wszystkie te ktosie mają inną wizję tego co się dzieje. I w zależności z kim człowiek porozmawia, to inną wersję wydarzeń usłyszy. W gąszczu relacji trudno odnaleźć właściwą drogę. Dobrze, że przynajmniej mieszkańcy nie muszą się w tym wszystkich orientować, bo dziennikarze już dawno pogubili się w tej plątaninie wzajemnych układów i powiązań.
Nie wiem czemu czepiam się Piekar. Takie miasto, jaki kraj. Przykład idzie z góry. Znajomy przymierza się do kupna samochodu. Duże, rodzinne auto. Fura za 150 tysięcy złotych. Ma nawet fart, bo w salonie mają jedno takie. Tylko przejechać się nie można. Bo co prawda samochód stoi, ale nie jeździ. Taka ekspozycja... A zobaczyć auto w innej wersji kolorystycznej lub ze skórzaną tapicerką to można najwyżej w katalogu. Podoba się to kupuj człowieku, a jak się nie podoba, to nie zawracaj głowy. I szczerze mówiąc nie ma co zawrać. Za granicami naszego pięknego kraju można obejrzeć to samo auto w różnych wersjach i wyjechać nim poza granice salonu. I jeszcze wychodzi taniej.
Mama miała stłuczkę. W tył jej samochodu uderzyły dwa inne. W korku. Na prostej drodze. Niestety ubezpieczyciel nie wypłaci pieniędzy - przynajmniej na razie. Policja potrzebuje dwóch miesięcy na ustalenie sprawcy wypadku. W sumie można się cieszyć, że nie dwóch lat... Ale na takie myślenie, to trzeba mieć prawdziwą miłość do ojczyzny, a tej u mnie brak.
Mój brat olał sprawę i kraj. Totalnie. Wyjechał do Anglii. Pracuje legalnie. Na budowie. Zarabia 50 funtów dziennie. Pracuje dziewięć godzin, w tym godzina przerwy na lunch. Jedna dniówka na mieszkanie, jedna na jedzenie i drobne wydatki. Tygodniowo zostaje 150-200 funtów, które można odłożyć. To po naszemu 900 - 1200 złotych. Tygodniowo! W ciągu miesiąca po odjęciu kosztów utrzymania zostaje w skarpetce około 4 tysięcy złotych. Po roku niemal 50 tysięcy. Oszczędności. Fajnie? Jemu też się spodobało i nie zamierza wracać. A ty sobie Polaku pracuj w kraju ku chwale ojczyzny. I nie zapomnij uczestniczyć w wyborach. W końcu decydujesz o swojej przyszłości.

powrót :: strona główna

Śmierdząca...zieleń

październik 2004

Miało być ślicznie i zielono. Wszystko dzięki...ściekom. Podobno metoda bardzo skuteczna i przy odrobinie szczęścia zieleń pojawi się nawet na gołej skale. Ma tylko jedną wadę. Trochę śmierdzi. Tak naprawdę to trochę bardziej. Nic więc dziwnego, że rekultywacja terenów przy Obwodnicy Wschodniej wzbudziła spore kontrowersje. W zeszłym roku jak było ciepło i wiał niekorzystny wiatr, to w mieście cuchnęło, że hej. Mieszkańców szlag trafiał, ale w końcu czego się nie robi dla efektu końcowego. Trochę śmierdzi, ale przestanie... Muchy, komary i inne latające świństwa też można wytrzymać. Wystarczy nie otwierać okna. To nic, że jest upał. W końcu to tylko etap przejściowy. Trudno jednak było uwierzyć, że ten smród ma przynieść jakiekolwiek korzyści. A jednak. Efekt końcowy po prostu powalił mnie na kolana.
Byli tacy, którzy wierzyli, że wkrótce wyrośnie piękna, soczyście zielona trawa, a każdy z przejeżdżających drogą, będzie zachwycał się tym terenem. Mieszkańcy mieli zrozumieć, że było warto. Byli też tacy, którzy prędzej spodziewali się kaktusa na własnej dłoni niż trawy przy obwodnicy. Większość osób była jednak w błędzie. Ścieki dały piorunujący efekt i wyrosła, tak jak się tylko niektórzy spodziewali... gówniana zieleń. Nie śmierdzi, ale powiedzieć, że jest zielono, również nie można. Tu i ówdzie wyrosły jakieś krzaki, których nazywanie zielenią jest co najmniej poważnym nieporozumieniem. Trawa także nie przypomina tego, do czego wszyscy przywykliśmy na trawnikach. Pożółkłe, sztywne badyle, paskudnie prezentujące się krzaczory i nierówny teren przywodzą na myśl bardziej krajobraz po bitwie (żeby nie napisać, po wojnie nuklearnej) niż zieleń.
Za każdym razem kiedy przejeżdżam tą drogą, myślę sobie, że nie warto było prowadzić całej tej akcji, zwłaszcza że na tym świecie nikt niczego nie robi za darmo. Ciekawe, ile kosztował ten cudny krajobraz? Chociaż może taki był cel. Suma, jaką mogłoby pozyskać miasto za zgodę na kręcenia na tych terenach filmu science-fiction, może być całkiem pokaźna. Tylko nie słyszałem, żeby miasto reklamowało gdzieś to epokowe dzieło.
O korzyściach z nawożenia tego terenu ściekami mówili urzędnicy. Dziś odcinają się od tego projektu. Właścicielem terenu jest Bytomska Spółka Restrukturyzacji Kopalń... Ups! I znowu nie ma winnych. Ale są piękne plany. Nie udało się zasiać trawy, to może powstanie tu parking, dla samochodów przyjeżdżających do piekarskiej "Urazówki". Pojawił się też projekt przygotowania w tym miejscu lądowiska dla helikopterów. Aż strach mnie obleciał, kiedy zastanawiałem się, co z tego może się udać, a co nie...

Copyright © 2006/2007 Krzysztof Turzański