Kultura

Zobacz tematy:


Po prostu PIN

Malowanie marzeniami

.........Występy na Cyprze

Niezapomniany wieczór

Gosia Andrzejewicz: Gwiazda z internetu

Michał Bajor: Najlepszy piosenkarz wśród aktorów

Artur Barciś: Pracowity i wesoły

Andrzej Grabowski: Ferdek gościem biblioteki

Robert Makłowicz: Bijące serce węża

Dorota Segda: Chciałam być Nel

Sławomir Shuty i Wojciech Kuczok: Pisarze nowej ery

Bogusław Wołoszański: Spotkanie z sensacją


powrót :: strona główna

Po prostu PIN

Rozmawiamy z Alkiem, Endim i Sebą, członkami zespołu PIN.

Przegląd Piekarski: Jak długo istnieje wasza kapela?
Alek:
Zespół PIN istnieje dopiero 3 lata, a tak naprawdę historia istnienia medialnego zaczyna się od momentu wydania pierwszej płyty, czyli od sierpnia 2005. Można powiedzieć, że nie "zasiedzieliśmy się" jeszcze na rynku, ale wszystko przed nami. Cieszymy się ogromnie z obecnej sytuacji i walczymy dalej.

PP: Jakie były początki zespołu? Jak się poznaliście?
Endi:
Początki były zupełnie zwyczajne, po prostu założyliśmy zespół, który przez pierwsze 2 lata zbierał materiał na płytę i docierał się myślowo, muzycznie i tekstowo. Znaliśmy się wprawdzie wcześniej, ale to były krótkie znajomości "z pracy" , nie myśleliśmy wtedy o założeniu kapeli. Można powiedzieć, że myśl o zespole zrodziła się 3 lata temu i oto jesteśmy!

PP: Talent i zamiłowanie do muzyki wynieśliście z domu?
Seb:
Każdy posiada jakiś talent, trzeba tylko go w sobie odnaleźć. W naszych domach muzykowało się zwykle na imprezach rodzinnych od "Szła dzieweczka" po Czerwone Gitary, więc bakcyla można było łapnąć. Jednak prawdziwą miłość do muzyki wypracowały w nas szkoły muzyczne. Chodziliśmy wszyscy do Szkoły Muzycznej w Chorzowie. Co do wspomnień to bywało różnie. Ja nawet wyleciałem ze szkoły za nie zdane egzaminy, ale potem komisyjnie zaliczyłem je na czwórki i przyjęli mnie z powrotem. Cóż, błędy młodości! Ale kto ich nie popełniał?

PP: Kiedy zaczynaliście grać, ćwiczyć, układać pierwsze piosenki, jak to wyglądało?
Alek:
Zajęło nam to 2 lata. Każdy miał coś w zanadrzu, każdy przyniósł swoje pomysły, a następnie była praca zbiorowa. Często siedzieliśmy do 4 rano i wtedy powstawały teksty oraz muzyka. Robiliśmy próby, potem poprawialiśmy aranżacje i tak w kółko przez 2 lata, aż udało się skończyć.

PP: Kto was pierwszy zauważył i docenił?
Endi:
W branży muzycznej była to Edyta Bartosiewicz która słyszała materiał jeszcze jako demo i już dostrzegała w nim pozytywy. Dało nam to dużego "kopa" do pracy.

PP: A potem był pierwszy koncert...
Seb:
Debiut koncertowy to "Dzień KOtana" 2004 w Warszawie: Endi śpiewał , Alek siedział w domu ze zwichniętym kolanem, a ja byłem z Golcami w Las Vegas na trasie koncertowej. Każdy z nas oglądał to i okropnie przeżywał.

PP: Jak nazwiecie swój styl? W jakim kierunku będzie się rozwijała wasza muzyka, jak sądzicie?
Endi:
Będzie się zmieniać tak jak my. Będzie obrazem PIN-u w każdej chwili jego istnienia. Będzie zdradzała nasze uczucia, problemy, zmartwienia, uniesienia. Piszemy o tym, co się u nas dzieje i jak postrzegamy świat. Ale zawsze będzie to PIN.

PP: Czym zajmowaliście się zanim nagraliście płytę i zaczęliście koncertować?
Seb:
Alek był realizatorem i producentem nagrań dla wielu polskich gwiazd między innymi: Kasi Kowalskiej, Edyty Bartosiewicz, Piaska, Maryli Rodowicz. Endi swoją przygodę z show-bussinesem rozpoczął w momencie występu w Szansie na sukces z Marylą Rodowicz. Potem przeżywał różnego rodzaju perypetie z wytwórnią fonograficzną i pseudo- managerami. Później zdecydował się na edukację i tak do dziś rozwija swój głos. A ja rozgrywałem musicale w chorzowskim Teatrze Rozrywki oraz koncertowałem z zespołem Golec uOrkiestra.

PP: Ile trwały prace nad płytą? Jak to wygląda w przypadku tworzenia piosenki? Najpierw powstaje muzyka, czy tekst?
Alek:
Różnie, zależy kto pisze. Nie da się tego stu procentach określić - pomysły przychodzą znienacka, zwykle po emocjach. Czasami pomysł dojrzewa długo i zostaje na kolejną płytę a czasami jest trafiony od razu. Nie ma recepty i dobrze, bo wtedy jest bardziej kolorowo.

PP: To lato przyniosło wiele wrażeń, jak je wspominacie?
Endi:
Bardzo dobrze! Zagraliśmy kilkanaście koncertów, dało nam to dużo przyjemności i odskocznię od siedzenia w studiu. Bardzo lubimy koncerty i walczymy o więcej.

PP: Jak wspominacie i odczuwacie swój występ w Sopocie?
Seb:
Było OK. Takim występom towarzyszą duże emocje i ciężko później zapamiętać każdą chwilę. Jesteśmy zadowoleni, że mogliśmy tam wystąpić. Zajęliśmy 3 miejsce wraz z zespołem "Bigstars" ale komisja zadecydowała, że jednak czwarte i tak się to niestety skończyło. Byliśmy więc o krok od podium.

PP: Może jakiś rąbek tajemnicy na temat następnego albumu, czego można się spodziewać?
Alek:
Naszej muzyki. Piszemy sami więc zawsze będziemy sobą na płytach. Będzie trochę inaczej. Musi być. Nie stoimy w miejscu! Pozdrawiamy czytelników Przeglądu Piekarskiego! Do zobaczenia na koncertach!

Rozmawiał: Michał Jurczyński


powrót :: strona główna

Malowanie marzeniami

Rozmawiamy z Ireną Chrostek, z zawodu i zamiłowania nauczycielką muzyki. Autorką wierszy i oryginalnych obrazów na szkle.

Przegląd Piekarski: Czy malarstwo na szkle jest trudne?
Irena Chrostek:
Myślę, że każda sztuka jest dosyć trudna, ale jeśli się ją wykonuje jako hobby to w zasadzie wydaje się dla twórcy prosta. Jest właściwie bardzo miłym zajęciem, odskocznią od trudów dnia codziennego. Przez malowanie wyrażamy swoje marzenia, przekazujemy to, co nasze oczy widzą, na co dzień-utrwalamy rzeczywistość np. piękne kwiaty, kolorystykę liści itp. Myślę, że samo szkło ma w sobie wiele piękna szczególnie, gdy załamuje się przez nie promień światła. Gdy nałoży się jeszcze na nie kolorowe farby to człowiekowi robi się milej i cieplej na sercu.

PP: Dlaczego zdecydowała się Pani malować na szkle?
ICh:
Ja się nie zdecydowałam. To tylko moja odskocznia od poezji. Gdy zaczęłam pisać wiersze zrodziła się potrzeba uwiecznienia piękna świata właśnie na szklanej powłoce. Gdy chcę odpocząć na chwilę od poezji tworzę właśnie obrazy na szkle. Poezja dostarcza mi wyobraźni i rozjaśnia horyzonty myślowe. Czerpię z niej inspiracje malarskie. Malowanie i łapanie za pędzel to odskocznia. Gdy mam przesyt poezji, a nowy temat nie nasuwa mi się, wtedy oddaję się mojej drugiej pasji-malarstwu na szkle. Początki były trudne-więcej rozlanych farb niż samego malarstwa, ale z biegiem czasu nauczyłam się, jak umiejętnie nakładać farby, żeby nie rozlały się. Lubię wymyślać własne wzory. Nigdy nie kopiuję kwiatów, które ktoś już namalował. Kwiaty najpiękniej wychodzą właśnie na różnych wazach, kielichach, czarach, tacach. Myślę, że jeśli to jest szkło dobrego gatunku, to tym bardziej widać załamanie światła-przepięknie rozchodzą się promienie światła. Trzeba umieć patrzeć na witraż, właściwe spojrzenie wydobywa jego piękno. Chciałabym dodać, że jestem samoukiem i ani jednej godziny nie uczestniczyłam w żadnych warsztatach, czy kursach. Tym bardziej jestem zadowolona, że udaje mi się tworzyć różne obrazy na szkle. Myślę, że kiedyś, z biegiem lat moje prace będą ciekawsze. Na ostatnim wernisażu zaprezentowałam nowe formy malarskie. Mianowicie naklejałam na szkło kolorowe szkiełka, które tworzyły obraz. Starałam się na wskroś nowoczesności wymyślać różne wzory-stylizowane kwiaty, czy jakieś inne elementy, które łączą się w całość.

PP: Czy jakiś konkretny twórca jest dla Pani wzorem?
ICh:
Wszystkich malarzy podziwiam, wszyscy są dla mnie geniuszami. To sztuka przelać na papier, szkło, płótno to, co oczy widzą. Chciałabym stworzyć kiedyś autentyczne dzieło, a nie tylko takie skromne malowanie, które może i czasami kogoś wprawia w zachwyt. Dla mnie zabawa ze szkłem jest tylko odskocznią od codziennych spraw i problemów. Cudownie jest wejść w świat kolorowych farb witrażowych i przekazać swoje marzenia drogą wizualną.

PP: Jak wyglądają etapy malowania na szkle?
ICh:
Etap malowania składa się z odtłuszczania szkła, ale najpierw należy to szkło wybrać, ponieważ nie każde nadaje się do malowania. Musi to być szkło w dobrym gatunku. Uważam za najpiękniejsze i zarazem najodporniejsze szkło z Krosna. Dobre gatunkowo. Farby, które nanosi się na podłoże rozpływają się, a potem, gdy promień słońca lub światło elektryczne je oświetla to widać właśnie piękno tego szkła. Maluję to, co się w głowie rodzi-jakiś motyw roślinny, kwiaty, np. stokrotki, bratki.

ZN:, Jakich farb należy użyć?
ICh:
Używam farb francuskiej firmy i uważam, że są najlepsze do tego typu malowania. Dobrze trzymają się podłoża. Sztuką jest umiejętne mieszanie farb-tego trzeba się nauczyć metodą prób i błędów.

PP: Czy długo wykonuje się jeden rysunek?
ICh:
Jeśli jest inspiracja to nie. Gorzej, jeśli rysunek wydaje mi się ładny, a na drugi dzień okazuje się nie taki jak oczekiwałam, coś mi się w nim nie podoba. Wtedy rozpoczyna się mozolna praca usuwania błędów-trzeba wdychać różne rozpuszczalniki i chemikalia, bez których nie można się obyć. Dzięki nim udaje się zdrapać błędny rysunek i całą pracę rozpocząć od nowa.

PP: Jakie motywy najczęściej Pani maluje oprócz kwiatów i jaka dominuje w Pani pracach kolorystyka?
I Ch:
Kolorystyka różnorodna, Uwielbiam wszystkie kolory. Kocham żółć, lubię wszystkie kolory słońca, zgaszoną zieleń. Nie lubię szarości i fioletu, chociaż fioletowy bratek z kroplą żółtego ma swój urok.

PP:, Która z Pani prac była najtrudniejsza i najbardziej pracochłonna do wykonania?
ICh:
Malowałam cztery witraże-dosyć duże, wkładane do okna balkonowego. Były to żółte lilie ze złotym ornamentem z ładną kompozycją liści. Ogrom pracy został włożony, a do końca nie byłam pewna, czy się spodobają, czy efekt będzie zamierzony i czy koleżanka, dla której wykonywałam pracę będzie usatysfakcjonowana. Jednak, gdy zobaczyłam efekt końcowy to aż serce się uśmiechnęło. Cieszę się, gdy mogę podarować skromne moje szkło przyjaciołom i krewnym- to największa moja radość.

PP: Gdzie możemy oglądać Pani prace?
ICh:
Trzy razy miałam wernisaż. W bibliotece miejskiej i dwa razy w czasie Kozłowogórskiego Tygodnia Kultury. Również w mojej szkole, gdzie uczę można było oglądać przedmioty.

PP: Czy malowanie na szkle może być wakacyjną i nie tylko wakacyjną pasją?
ICh:
Tak, a w szczególności, gdy aura nie dopisuje, gdy ktoś nie jest obarczony wieloma obowiązkami. Warto spróbować. Wystarczą cztery podstawowe kolory: zielony, niebieski, czerwony, żółty. W każdym domu zapewne znajdzie się jakiś przedmiot ze szkła, np. kielich, patera. Z biegiem czasu można nauczyć się łączenia farb, cieniowania i wykończenia prac rylefem.

Rozmawiała: Dominika Wyciślok


powrót :: strona główna

.........Występy na Cyprze

W ubiegłe lato Śląski Chór Górniczy Polonia Harmonia z Piekar Śląskich gościł u siebie zespół śpiewaczy z Cypru - Larnaca Progressive Movement Choir. Jak to się stało, że został nawiązany kontakt z chórem z tak dalekiego i jakże dla nas egzotycznego kraju? Otóż polski chór został zarekomendowany Cypryjczykom przez włoski chór z Bergamasco, z którym Polonia Harmonia w 1990 roku przeprowadziła wymianę międzynarodową. Dzięki tym właśnie kontaktom chórzyści z Larnaki odwiedzili Polskę, tu koncertowali i zwiedzali najpiękniejsze zakątki południa kraju. Po roku nadszedł czas na rewizytę!

W słoneczny majowy dzień tego roku podekscytowani wchodziliśmy do autokaru, który miał nas zawieść na warszawskie lotnisko, skąd mieliśmy odlecieć na sam kraniec Europy. Ani się obejrzeliśmy, a już siedzieliśmy w samolocie wyglądając z zaciekawieniem przez malutkie okienka. Samolot wzbił się w powietrze i widać było już tylko pajęczyny rozciągniętych na ziemi świateł.

Na lotnisko w Larnace przylecieliśmy w środku nocy, powietrze było wilgotne od morza, w pobliżu którego znajdowaliśmy się. Wśród ludzi oczekujących na pasażerów dostrzegliśmy biało-czerwone chorągiewki. Podeszliśmy bliżej - tak - znajome twarze! Część chórzystów, wraz z panią prezes Evi czekało, by nas przywitać. Była tam również pani Elżbieta, Polka mieszkająca na Cyprze od wielu lat, która pełniła rolę tłumaczki podczas wizyty Cypryjczyków w Polsce, a teraz miała zaopiekować się nami.

Poranny spacer po mieście pozwolił nam zobaczyć, w jak cudownym miejscu jesteśmy. Wzdłuż plaży, którą od naszego hotelu dzieliło zaledwie 100 metrów, ciągnęła się przepiękna promenada wysadzana rzędem dorodnych palm i kwiecistych krzewów, z mnóstwem kafejek i restauracji. Na końcu bulwaru mieścił się port Marina, gdzie na przystani cumowały wysokiej klasy jachty. W restauracji tuż obok raczono nasze podniebienia tradycyjnymi potrawami. Próbowaliśmy min. sera halloumi z rusztu i sufli, czyli pieczonych kawałków mięsa. Na stole pojawiały się soczyste owoce i słodkie ciasteczka. Wszystkim, którzy lubią obfite i różnorodne posiłki, polecamy kuchnię cypryjską. Coś pysznego!

Larnaka, podobnie jak cały Cypr, może pochwalić się wielowiekową historią. Patronem tego miasta jest św. Łazarz, który przybył do starożytnego państwa-miasta Kition (dziś Larnaka) po wskrzeszeniu przez Chrystusa i został konsekrowany na biskupa przez św. Barnabę i Marka. W IX w. nad jego grobowcem wybudowano wspaniały kościół będący jedną z pereł architektury Larnaki. Mieliśmy to szczęście ów kościół zwiedzić, poznać jego historię i być w krypcie św. Łazarza. Każdy z chórzystów otrzymał na szczęście świeży płatek z kwiatów rozsypanych na miejscu kryjącym relikwię świętego. Naszym podziękowaniem była wyśpiewana pieśń z liturgii ortodoksyjnej Tiebie paiom.

Zabytkowym miejscem górującym nad promenadą jest fort z XVII w. z zachowanymi ogromnymi armatami w środku, który służył niegdyś jako więzienie. Dziś jest to obiekt muzealny, którego dziedziniec porasta bogata roślinność.

Jednak na Cyprze zwiedzanie zabytków nie było naszym jedynym zajęciem, bo przylecieliśmy tam przede wszystkim po to, aby śpiewać, pokazać polską, a w szczególności śląską kulturę. Wykonaliśmy w Larnace trzy koncerty: dwa świeckie i jeden sakralny.

Pierwsze wspólne występy z chórem, który nas gościł, odbyły się w Teatrze Miejskim przy widowni wypełnionej po brzegi. Koncerty były szeroko rozreklamowane min. przez cypryjską telewizję. Na wstępie przywitał wszystkich Prezydent Larnaki. Polonia Harmonia wykonała śląskie pieśni ludowe oraz utwory muzyki popularnej z różnych krajów, min: hiszpańskie Bolero, pełną humoru słoweńską pieśń Prši, prši, czy specjalnie przygotowaną na tę okazję żywiołową La bambę.

Gospodarze z kolei zaprezentowali utwory Manosa Loizosa, jednego z najwybitniejszych współczesnych kompozytorów greckich. Autorem większości tekstów tych piosenek jest Lefteris Papadopoulos, poeta i dziennikarz, przyjaciel Loizosa. Najpiękniejsze greckie piosenki są właśnie jego autorstwa. Chórowi akompaniował zespół muzyczny, w skład którego wchodził fortepian, wiolonczela, flet poprzeczny oraz charakterystyczne dla muzyki greckiej bouzouki. Dodatkową atrakcją był występ młodych ludzi w barwnych strojach, którzy prezentowali greckie tańce. Skomplikowany układ kroków, a przy tym niezwykła lekkość w poruszaniu się, robiły na nas wielkie wrażenie. Punktem kulminacyjnym programu był wspólny występ obu chórów. Cypryjczycy nauczyli się śląskiej piosenki Nie ma to jak górnikowi (i tu okazuje się, że wymowa języka polskiego nie sprawiła im żadnego problemu, poradzili sobie pierwszorzędnie!) oraz kubańskiej piosenki z repertuaru Polonii Harmonii pt. Guantanamera. My natomiast łamaliśmy język podczas nauki popularnego greckiego utworu Dzieci Pireusu. Rezultat naszej pracy również był zadowalający. Podczas wykonania greckiej piosenki zaprezentowali się wszyscy artyści, zarówno chórzyści, muzycy, jak i tancerze. Wspólne śpiewanie sprawiło nam wiele przyjemności. Publiczności także spodobał się ten oryginalny i jakże bogaty w sobie występ, gdyż nagrodziła nas gromkimi oklaskami.

Ostatni swój koncert Polonia Harmonia wyśpiewała w kościele katolickim, gdzie bardzo ciepło powitał nas... polski ksiądz. Wśród słuchaczy byli obecni oficjele, min. Ambasador Polski na Cyprze, Konsul Generalny, Ambasador Republiki Czeskiej oraz Prezes Ruchu Progresywnego Larnaki, co nadawało koncertowi znaczną rangę. Nie było to nasze jedyne spotkanie z przedstawicielami władz, gdyż gościliśmy w Urzędzie Miasta Larnaki. Tam oficjalnie zostaliśmy przywitani przez Prezydenta Miasta. Wdzięczność za zaproszenie, również w naszym imieniu, wyraził wiceprezydent Piekar Śląskich Jacek Zając, który przyleciał na Cypr wraz z małżonką na specjalne zaproszenie mera Larnaki. Podróżował również z nami Piotr Zalewski, dyrektor Ośrodka Kultury "Andaluzja", gdzie nasz chór ma swoją siedzibę.

Szczególnie miło wspominamy wspólne z chórzystami cypryjskimi biesiadowanie po koncertach. Wtedy mogliśmy poznać się bliżej, opowiedzieć o swoich zajęciach, o przyjaciołach i rodzinie. Przekonaliśmy się, że są to niezwykle mili i otwarci ludzie. Język nie stanowił bariery, ponieważ prawie wszyscy Cypryjczycy posługują się biegle językiem angielskim i porozumiewaliśmy się głównie dzięki niemu. Poza tym zawsze mogliśmy liczyć na pomoc pani Elżbiety. W trakcie jednego z takich spotkań grupa taneczna, która występowała razem z nami na koncertach zaprezentowała nam cykl tańców greckich. Ogromne wrażenie zrobiły na nas wtedy popisy jednego z artystów, któremu podczas tańczenia układano na głowie stos szklanek, ich liczba sięgała kilkunastu. Stos był tak wysoki, że osoby, które dokładały szklanki musiały stawać na krześle. Po tych niesamowitych wyczynach młodego tancerza przyszedł czas na tańce mniej profesjonalne w naszym wykonaniu, ale dające nam wiele radości. Były też oczywiście śpiewy i polskie, i greckie. Melodie piosenek, które śpiewali chórzyści z Larnaki brzmią nam w uszach do dziś.

Gospodarze, chcąc pokazać nam swoją różnorodną kulturę, zabrali nas do malowniczej wioski, gdzie mogliśmy się przypatrywać pracy lokalnych rzemieślników i zobaczyć min. kunsztowne koronki, barwne mozaiki, czy wyroby garncarskie. Według legendy klientem cypryjskich rzemieślników był sam Leonardo da Vinci.

Odwiedziliśmy również tysiącletnią stolicę Cypru Nikozję, która uraczyła nas swoją zabytkową architekturą, wąskimi uliczkami z mnóstwem kawiarenek i sklepikami oferującymi wyroby artystyczne. W Muzeum Cypru podziwialiśmy najwcześniejsze znaleziska archeologiczne pochodzące z epoki kamienia i brązu oraz dostojne posągi z okresu rzymskiego. Fascynującym przeżyciem było zobaczenie na własne oczy eksponatów mających kilka tysięcy lat. Z kolei z najnowszą historią zderzyliśmy się dojeżdżając do "zielonej granicy" dzielącej Cypr na dwie części, gdzie mogliśmy oglądać panoramę opuszczonego miasta Famagusta, które dziś znajduje się po stronie tureckiej. Zaprezentowano nam film dotyczący inwazji Turcji na Cypr, była to dla nas wstrząsająca lekcja historii. Jednak okolice Famagusty to nie tylko puste mury kryjące bolesne wspomnienia. To także przepiękne tereny turystycznego miasteczka Ayia Napa ze złotymi plażami i najbardziej błękitnym morzem, jakie tylko człowiek potrafi sobie wyobrazić. Dla turystów z Polski (gdzie w tym czasie majowa pogoda niezbyt dopisywała) ciepłe morze i intensywne słońce to prawdziwy raj. W Ayia Napa zwiedziliśmy XVI-wieczny kościół, który znajduje się częściowo pod ziemią. Do mrocznego wnętrza prowadziły kamienne schody a jedyne światło wpadało do środka przez niewielka rozetę nad wejściem.

Inny zabytek sakralny zobaczyliśmy w malowniczych górach Troodos. Był to klasztor Kykkos, najsłynniejszy i najbogatszy na Cyprze, do którego wiodły kręte i wąskie drogi nad stromymi urwiskami. Znajdowała się tam ikona Maryi Dziewicy, przypisywana Św. Łukaszowi. Wycieczka ta pozwoliła nam także podziwiać cudowne górskie krajobrazy kontrastujące z rozległym wybrzeżem.

Kontrastów na Cyprze było wiele, nie tylko tyczyły się one przyrody. Pośród mnóstwa zabytkowych kościołów wyrastały wysokie minarety meczetów. Jeden z nich, wzniesiony na uboczu Larnaki, zbudowany został na cześć krewnej Mahometa. Jest to ważne miejsce pielgrzymek muzułmańskich. Meczet ten usytuowany jest nad słonym jeziorem, które w okresie letnim wysycha, odsłaniając ogromne połacie białej od soli ziemi. Jest to wymarzone miejsce dla flamingów i innych migrujących ptaków.

Długo by tu jeszcze opowiadać o przepięknych miejscach, które zobaczyliśmy na Cyprze, bo było ich naprawdę wiele. Niezwykle mili i gościnni śpiewacy z cypryjskiego chóru pokazali nam swoją imponującą i bogatą kulturę. Byli bardzo opiekuńczy w stosunku do nas, w małych grupach towarzyszyli nam podczas każdej wycieczki. Wszyscy starali się, żeby nasz pobyt na Cyprze był przyjemny i to im się udało. Wizyta na śródziemnomorskiej wyspie zapadnie nam na zawsze w pamięci, nie tylko dlatego, że zetknęliśmy się ze wspaniałą sztuką, architekturą, czy egzotyczną naturą, ale dlatego, że poznaliśmy serdecznych ludzi, których dziś możemy nazwać swoimi przyjaciółmi.

Zdawałoby się, że dzieli nas tak wiele: odmienna kultura, obyczaje, różne tradycje. Ale tak naprawdę łączy nas coś bardzo silnego: to miłość do muzyki, która przecież nie zna granic.

Joanna Bochynek


powrót :: strona główna

Niezapomniany wieczór

Od września 2004 roku w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Piekarach Śląskich odbywają się "Piekarskie Wieczory Autorskie". Są one wspólnym dziełem Wydziału Edukacji, Kultury i Sportu Urzędu Miejskiego i Piekarskiej MBP. W czasie tych spotkań, których siedem już za nami, gościliśmy Rafała Ziemkiewicza, Bogusława Wołoszańskiego, Wojciecha Kuczoka i Sławomira Shuty, Andrzeja Grabowskiego, Dorotę Segdę, Roberta Makłowicza i Annę Dymną.

Ostatnim naszym gościem był najpopularniejszy dziennikarz muzyczny, autor wielu programów m.in. "Za chwilę dalszy ciąg programu", "Nie tylko dla orłów", "MdM", "Non stop kolor", prowadzący od ponad 10 lat "szansę na sukces" i ostatnio "Duże dzieci", posiadacz czterech statuetek Wiktora - Wojciech Mann.
Wojciech Mann przyjechał do Piekar Śl. na spotkanie ze swoimi fanami, w dniu w którym kończyły się obchody Tygodnia Bibliotek czyli 12 maja. Jak wielką ten człowiek cieszy się popularnością było widać wchodząc do sali, w której odbywało się spotkanie. Na gościa czekało około 250 osób, wśród których nie zabrakło sponsora spotkania, czyli Prezesa Zakładu Elgór+Zamet w Piekarach Śląskich - Andrzeja Malingi.
W czasie prawie dwugodzinnego spotkania Wojciech Mann odpowiedział na szereg pytań, z których jednoznacznie wynikało, że mimo telewizyjnych sukcesów jest postrzegany jednak jako "radiowiec". Ten fakt zdecydowanie ucieszył naszego gościa, ponieważ - jak twierdził - zdecydowanie bliższe jest mu radio, chociaż telewizji dużo zawdzięcza i nie chciałby być wobec niej niewdzięcznikiem. Przyznał, że to co robi jest jednocześnie Jego pasją.
Mniej znanym szczegółem z życia Wojciecha Manna są posiadane uprawnienia tłumacza. Wyjawił wszystkim zebranym, że najważniejszym powodem dla którego nauczył się bardzo dobrze języka angielskiego była chęć, czy nawet przemożne pragnienie rozumienia słów piosenek wykonywanych przez zespoły prezentowane na antenie radiowej.
Przez całe swoje życie jest związany z Warszawą. Przez wiele lat mieszkał na Powiślu, które "porzucił" na rzecz mniej zaludnionych podwarszawskich okolic ale Jego przywiązanie do "kraju dzieciństwa" jest tak wielkie, że w kiosku na Powiślu ma swoją teczkę z prasą, którą codziennie odbiera; nie chce ani na chwilę tracić kontaktu z Tą ziemią. Spotkanie potwierdziło, że Wojciech Mann to niezwykła osobowość, o szerokich zainteresowaniach, wielkiej wiedzy i inteligencji, a także poczuciu humoru. Uderza jego autentyczność, niesamowity dystans do samego siebie i wielka troska o polską kulturę.

HW


powrót :: strona główna

Gosia Andrzejewicz: Gwiazda z internetu

Rozmawiamy z Gosią Andrzejewicz, piosenkarką.

Przegląd Piekarski: Jak zaczęła się Twoja przygoda z muzyką?
Gosia Andrzejewicz:
To bardzo długa historia. Muzyka towarzyszyła mi od dziecka. Już w szkole podstawowej występowałam na wszystkich akademiach i różnych uroczystościach. Jeździłam również po całej Polsce występując w przeglądach młodej twórczości. Wygrałam ponad 30 konkursów, w tym wiele ogólnopolskich. W liceum miałam swój własny zespół i właśnie w tym okresie zaczęłam pisać pierwsze teksty i komponować melodie na moją pierwszą płytę. Później poznałam producenta St0ne'a, Adama Kamińskiego i Goffredo Orlandi, którzy pomogli mi zaaranżować wszystkie piosenki na moją pierwszą płytę. A od czasu wygrania konkursu Rap Eskadra moje życie nabrało szybkiego tempa. Wygrałam kontrakt płytowy, wystąpiłam na preselekcjach eurowizyjnych w Białorusi, wydałam nową płytę "Gosia Andrzejewicz Plus" i nakręciłam teledysk do piosenki "Pozwól żyć", który jest emitowany we wszystkich kanałach muzycznych. To wszystko jest niesamowite i bardzo bym chciała, żeby każdy człowiek na świecie doznał takiego "szczęścia" jakiego ja doznałam w ostatnich tygodniach.

PP: Zostałaś najpopularniejszą artysktką na www.onet.pl. Jak oceniasz swoj sukces?
GA:
Bardzo się cieszę, że zyskałam taką popularność. Promocja mojej pierwszej płyty ograniczała się jedynie do Internetu i wtedy zdobyłam wielu wirtualnych fanów, którzy stworzyli o mnie i o mojej muzyce wiele fanklubów i ponad tysiac blogów. To naprawdę niesamowite. Również moja piosenka "Słowa" zyskała bardzo dużą popularność wśród internetowych surferów. Tylko w tym roku ściągnęło ją już pół miliona osób. Przy okazji chciałam zaprosić wszystkich do odwiedzenia mojej oficjalnej strony www.gosiaandrzejewicz.pl - to jest przecież strona, nie tylko moja - to Wasza strona i dla Was!

PP: Byłaś z Ivanem i Delfinem na Eurowizji, jakie doświadczenie z tego wyniosłaś?
GA:
Atmosfera Eurowizji jest niesamowita. Gdy wystąpiłam w Kijowie z Ivanem i Delfinem, poczułam, że chcę jeszcze powtórzyć tę przygodę, ale już z własną piosenką. Poznałam wtedy mnóstwo ludzi, którzy na codzień pracują z takimi gwiazdami jak Madonna czy Celine Dion. Rok później skomponowałam razem ze St0nem piosenkę pt: "Dangerous Game" i wysłałam ją na eliminacje eurowizyjne w Polsce. Niestety nie dostałam się. Jedynym krajem, do którego mogłam jeszcze wysłać swoje zgłoszenie ze względu na późny termin nadsyłania kompozycji była Białoruś. Postanowiłam więc wysłać tam mój utwór i tym razem udało się. Jako pierwsza osoba z zagranicy zostałam zakwalifikowana do białoruskich preselekcji eurowizyjnych. Jestem szczęśliwa, że dostałam szansę zaśpiewania mojej piosenki przez tak dużą ilością widzów.

PP: Opowiedz nam trochę o swoim nowym albumie. Co usłyszymy na nowej płycie?
GA:
Materiał albumu pt:"Gosia Andrzejewicz Plus" składa się z dwóch płyt. Pierwsza to płyta, którą można było kupić tylko i wyłącznie przez Internet. Piosenki z tego krążka są mi szczególnie bliskie, bowiem powstały w okresie, kiedy zaczęłam sama tworzyć muzykę. Pierwsze poszukiwania melodii, tekstów, godziny ćwiczeń wokalnych. Moim marzeniem było to, aby moje teksty i melodie dotarły do fanów z całej Polski. Wcześniej nie miałam takiej możliwości. Teraz kiedy słucham ich w radiu przypominają mi się wszystkie chwile związane z ich powstaniem. Cieszę się, że piosenki z pierwszej płyty dostały jeszcze jedną szansę i odrodziły się na nowo. Wiem, że moi pierwsi fani też się z tego cieszą. Natomiast na drugim krążku znajduję się mój singiel promujący płytę pt: "Pozwól żyć", do którego został nakręcony teledysk. Jest tam również piosenka "Niebezpieczna Gra" i angielska wersja utworu "Dangerous Game" - z którym startowałam na Eurowizji w Białorusi. Czymś nowym są wersje instrumentalne utworów, dla wszystkich miłośników śpiewania. Właśnie dla nich stworzyłam konkurs, w którym nagrodą jest nagranie ze mną piosenki na moją następną płytę i kontrakt płytowy wytwórnią My Music. Wszystkie szczegóły znajdziecie na www.gosiaandrzejewicz.pl Dla Dj'ów umieściłam wersje acapella moich piosenek, aby mogli oni stworzyć ciekawe remisy i również wziąć udział w konkursie, w którym nagrodą jest promocja ich remisu w najlepszych klubach w Polsce. Jak widzisz eksperymentuję z różnymi gatunkami muzycznymi, jednak określiłabym swoją muzykę jako nowoczesny pop z elementami r'n'b, rock a nawet dance. Płyta mimo wielu gatunków jest spójna, bowiem scala ją melodyjność kompozycji i nowoczesne, ciepłe brzmienie produkcji, uzyskane dzięki wspaniałym producentom : Arturowi St0ne Kamieńskiemu, Goffredo Orlandi i Adamowi Kamieńskiemu.

PP: Szykujesz trasę koncertową?
GA:
Trasa koncertowa rozpocznie się już od czerwca. Wystąpię w miastach w całej Polsce. Wszystkie szczegóły będą na mojej stronie internetowej.

PP: A życie prywatne? Co robisz na codzień?
GA:
Studiuję Zarządzanie i Marketing w Bielskiej Wyższej Szkole Biznesu i Informatyki, lubię uczyć się języków obcych, a szczególnie włoskiego i angielskiego. Uwielbiam tańczyć i pisać piosenki. Lubię dobrą zabawę. Pozdrawiam wszystkich czytelników Przeglądu Piekarskiego i do zobaczenia na koncertach!

Rozmawial: Michał Jurczyński


powrót :: strona główna

Najlepszy piosenkarz wśród aktorów

Sala Miejskiego Domu Kultury była wypełniona po brzegi i dosłownie trzeszczała w szwach, kiedy na scenie stanął najlepszy piosenkarz wśród aktorów, jak mówi się o Michale Bajorze. Artysta, który na swoim koncie ma trzynaście nagranych płyt został gorąco przyjęty przez piekarską publiczność.

Podczas koncertu Michał Bajor zaprezentował między innymi takie utwory jak: "Ogrzej mnie", czy "Taka miłość w sam raz". Każdy, kto uczestniczył w tym koncercie z pewnością poczuł dreszczyk napływających emocji i uczuć, jakimi piosenkarz obdarzał widza. Na recital składały się nie tylko piosenki, ale i opowieści, anegdoty i żarty, którymi publiczność niejeden raz została rozbawiona.
Gromkie brawa na stojąco, które otrzymał artysta po zakończeniu koncertu, są dowodem na to, że publika była występem zachwycona. Na uznanie zasługuje także wybitny pianista, wirtuoz i kompozytor, który występował u boku gwiazdy wieczoru - Hadrian Tabęcki.
Piekarska publiczność bardzo upodobała sobie Michała Bajora. Po występie artysta spotkał się z najwierniejszą częścią publiki i rozdał liczne autografy. Obiecał także odwiedzić nasze miasto w przyszłości.

MJ


Michał Bajor
jest jednym z najciekawszych przedstawicieli polskiej sceny artystycznej. Warto prześledzić jego dotychczasową karierę. Urodził się w 1957 roku, dzieciństwo spędził w Opolu. Tam właśnie na Festiwalu Polskiej Piosenki zadebiutował w 1970. Wygrał Konkurs Piosenki Radzieckiej, następnie został zaproszony do Sopotu. Rok 1975 traktuje się jako prawdziwy początek jego artystycznej kariery. Ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną. Sławę przyniosły mu występy w warszawskim teatrze Ateneum, pracował z takimi reżyserami jak Agnieszka Holland, Krzysztof Kieślowski, Filip Bajon czy Jerzy Kawalerowicz. Film z udziałem Bajora w reżyserii Istvana Sabo pod tytułem "Ilanusen" z 1988 roku był nominowany do Oskara. W 1987 roku nagrał swój pierwszy album, na którym znalazła się między innymi piosenka "Ogrzej mnie".
Ostatnio ukazała się książka pt.: "Moje piosenki", która jest podsumowaniem przeszło 30-letniej kariery Michała Bajora. Publikacja jest na tyle ciekawa, iż można w mniej znaleźć kompletną wiedzę na temat życia artysty, teksty piosenek, nuty, relacje z koncertów, recenzje wszystkich płyt i mnóstwo zdjęć, zarówno oficjalnych, jak i tych z życia prywatnego.


Rozmawiamy z Michałem Bajorem, aktorem i piosenkarzem
Przegląd Piekarski: Jak Pan ocenia występ i piekarską publiczność?

Michał Bajor: Jestem bardzo zadowolony, bo publiczność była wspaniała... wręcz niesamowita! W Piekarach Śląskich jestem pierwszy raz w życiu. Choć wiele razy koncertowałem na Śląsku, to jeszcze nigdy nie byłem w Waszym mieście. Dostrzegłem, że piekarska publiczność, jest publicznością, jakiej życzy sobie każdy artysta, dlatego żałuję, że nie było mnie tutaj nigdy wcześniej. Mówiąc jednak ogólnie, bardzo lubię występować na Śląsku. Tutaj ludzie są wyczuleni na muzykę, bardzo dobrze ją odbierają, po koncertach czuję się spełniony. Dzisiaj także czuję się spełniony. Czego więcej można oczekiwać?

PP: Zaprezentował Pan nam zaledwie kilka piosenek z trzynastu płyt...
MB:
Tak, na dzisiejszy wieczór wybrałem tylko niektóre utwory, utwory, które są dla mnie sentymentalne, utwory, które chciałem dla Państwa zagrać między innymi dlatego, że jestem tutaj pierwszy raz. Znalazły się wśród nich zarówno piosenki pochodzące ze starych płyt, jak i z nowych, tak jak chociażby z tej wydanej w 2004 roku pod tytułem "Za kulisami".

PP: Jest Pan w ciągłej podróży, występując w coraz to nowych miejscach. To musi być bardzo męczące. Proszę powiedzieć, gdzie czuje się Pan najlepiej, czy jest gdzieś azyl, miejsce, do którego najczęściej chce Pan wracać?
MB:
Tak to prawda, wiele podróżuję, dużo czasu spędzam w trasie. Ale jest takie miejsce w Polsce, do którego chętnie jeżdżę, do którego chętnie wracam, do którego żywię sentyment, gdzie lubię spędzać wakacje. Są to Bieszczady. Tam odpoczywam, tam spędzam swój wolny, wakacyjny czas. Będąc w Bieszczadach piszę teksty, czytam książki, uczę się ról, przygotowuję się do występów. Właśnie tam uczyłem się roli Nerona, do filmu "Quo Vadis".

PP: No właśnie, a co Pan powie o swojej roli w filmie Kawalerowicza ?
MB:
Było to dla mnie wielkie wyzwanie! Ale przyznam się, że czekałem na taką rolę!

PP: Obchodzi Pan jubileusz 30 lat pracy artystycznej, właściwie to 35 lat pracy artystycznej, bo zadebiutował Pan w 1970 roku w Opolu...a co będzie teraz, co dalej?
MB:
Życzę sobie wielu sukcesów i wielu prac, nad nowymi piosenkami, nad nowymi płytami... filmami, a jednocześnie życzę sobie tego, aby moja muzyka się Państwu podobała i została w Państwa sercu. Aby zawsze była ciepło przyjmowana, aby skłaniała do refleksji, aby śmieszyła, smuciła, wprawiała Państwa w niecodzienny nastrój.

Rozmawiał: Michał Jurczyński

powrót :: strona główna

Pracowity i wesoły

Rozmawiamy z Arturem Barcisiem, aktorem, muzykiem i reżyserem, znanym szerokiej publiczności jako Tadek Norek z serialu "Miodowe lata".

Przegląd Piekarski: Jak to się stało, że zostałeś aktorem?
Artur Barciś:
Ze strachu. Ze strachu zostałem aktorem. Byłem najmniejszy w klasie i tylko na scenie czułem się bezpiecznie. Później zacząłem wygrywać w konkursach recytatorskich i dojrzała we mnie ta świadomość, że aktorstwo to moja jedyna droga, że granie to czynność, którą potrafię robić najlepiej.

PP: Zagrałeś w niezliczonej ilości filmów i spektakli. Którą z ról zapamiętałeś najbardziej?
AB:
Odpowiem krótko. Najciekawsza była rola w "Dekalogu" Krzysztofa Kieślowskiego. Nigdy jej nie zapomnę!

PP: A do której zagranej postaci jesteś najbardziej podobny?
AB:
Najbardziej chyba do Tadzia Norka. Jestem równie naiwny. Jest to też najpopularniejsza moja kreacja. Gdy idę ulicą, ludzie wołają na mnie "Tadzio", albo "Norek" i nigdy nie jestem za to zły. Niemniej jednak czasami trzeba umieć sobie radzić z popularnością. Ja przede wszystkim na pierwszym miejscu stawiam Rodzinę, a mój dom w lesie, poza zgiełkiem wielkiego miasta, to jest mój azyl. Tam odnajduję spokój. Lubię także powracać do Kazimierza nad Wisłą. Bardzo mi się tam podoba i z tym miastem wiąże się wiele wspomnień.

PP: Czy według Ciebie polskie kino jest w złej kondycji?
AB:
Wręcz przeciwnie. Myślę, że jest w coraz lepszej kondycji. Ma oczywiście swoje wady, ale nie można nie dostrzegać jego zalet. Polskie kino jest w drodze. Moim zdaniem na dobrej drodze. Rozwija się. Refleksje można snuć godzinami. Bywają wzloty i upadki. Ale będzie teraz tylko lepiej.

PP: Nad czym teraz pracujesz?
AB:
Zapraszam do Ateneum, Komedii i Teatru na Woli. Tam gram. Tam można mnie zobaczyć najczęściej.

PP: Nie tylko grasz, ale także i śpiewasz. Masz na swoim koncie płytę...
AB:
Jest to nagranie live z koncertu w radiowej trójce i dodatkowo parę kawałków, które nagrałem dla Telewizji. Zapis czasu sprzed 10 lat. Lubię tę płytę. Jest inna od wszystkich.

PP: A prócz gry i śpiewania, do tego jeszcze reżyseria. Jak znajdujesz na to wszystko czas?
AB:
Ludzie się dzielą na tych, którym się chce i na tych, którym się nie chce. Mnie się chce. Tak sobie myślę, że życie jest bezustanną walką z własnym lenistwem. Ja leniem raczej nie jestem. Zajmuję się wieloma sprawami.

PP: Powiesz coś naszym czytelnikom, którzy chcieliby Cię poznać o swoich zainteresowaniach?
AB:
Uwielbiam słuchać muzyki, lubię przy muzyce odpoczywać. Słucham muzyki poważnej, Chopina, Bacha, ale również Gordona Haskela, Norahy Jones, czy ostatnio Krzysztofa Kiliańskiego. Interesują mnie też filmy. Krótko mówiąc, wszystkie dobre filmy. To może nieistotne, ale uwielbiam świeży chleb. Dlatego, zawsze rano wcześnie wstaję i biegnę do piekarni. Myślę, że każdy ma jakieś swoje drobne przyzwyczajenia. Jest tyle ciekawych rzeczy, które można robić, wystarczy tylko chcieć. Pozdrawiam wszystkich, którym się chce.

Rozmawiał: Michał Jurczyński

powrót :: strona główna

Ferdek gościem biblioteki

Miejska Biblioteka Publiczna kontynuuje cykl spotkań ze znanymi postaciami polskiej kultury. Po uznanych pisarzach przyszedł czas na "Kiepskiego" aktora, Andrzeja Grabowskiego. Spotkanie z odtwórcą głównej roli w popularnym serialu komediowym przyciągnęła tłum piekarzan, których liczba przekroczyła najśmielsze oczekiwania organizatorów. Mieszkańcy naszego miasta chcieli dowiedzieć się, jak wygląda życie krakowskiego aktora teatralnego i jak zmieniło się ono po wcieleniu się w rolę popularnego Ferdka Kiepskiego.

Czy aktorstwo jest czymś o czym marzył Pan od dzieciństwa?
Andrzej Grabowski:
Wręcz przeciwnie. Nigdy nie myślałem o nim poważnie, choć mój ojciec był amatorem-aktorem i bardzo mnie namawiał, abym zainteresował się tym zawodem. Ja jednak nigdy nie lubiłem publicznych występów, dlatego zawsze wykręcałem się z udziału w szkolnych akademiach. W rezultacie po raz pierwszy wyrecytowałem wiersz przed obcymi ludźmi na egzaminie wstępnym do szkoły teatralnej. Trudno mi powiedzieć, co skłoniło mnie do podjęcia tego kroku. Byłem bardzo młody. Miałem wówczas siedemnaście lat, bo byłem ostatnim rocznikiem, który uczęszczał do siedmioklasowej podstawówki, a poza tym poszedłem rok wcześniej do szkoły. W rezultacie moja decyzja o zostaniu aktorem nie była przemyślana. Nie traktowałem tego zawodu poważnie, przez co miałem sporo kłopotów na studiach, z powtarzaniem trzeciego roku włącznie. Do dziś staram się podchodzić do tego, co robię, z pewnym dystansem. Tylko wtedy bowiem mam szansę czerpać z tego przyjemność.

Jest Pan bardzo zapracowanym człowiekiem występującym w teatrze, dwóch serialach, w filmach, a także w kabarecie. Jak godzi Pan te zajęcia i które z nich jest Panu najbliższe?
AG:
Rzeczywiście sporo czasu poświęcam pracy. Często zdarza się, że jednego dnia jadę kilkaset kilometrów, aby gdzieś wystąpić, a drugi spędzam na całodziennych próbach teatralnych, czy na planie serialu. To bardzo męczące, ale póki co udaje mi się to jakoś godzić. Zdecydowanie najwięcej satysfakcji daje mi praca w teatrze. Trudno byłoby mi jednak wyżyć z pieniędzy, jakie można tam zarobić. Dlatego postanowiłem robić inne rzeczy. Gdyby przyszło mi z którejś zrezygnować, to pewnie zaprzestałbym występów w kabarecie. Robię to od niedawna, a poza tym teksty, które mówię, piszą mi koledzy. Bardzo często nie są one najlepszej "jakości" i muszę mocno się natrudzić, aby uczynić je śmiesznymi.

Którą z dotychczasowych ról wspomina Pan najlepiej?
AG:
Do niedawna myślałem, że był to występ w sztuce Juliusza Słowackiego " Sen srebrny Salomei", zrealizowany w 1994 roku dla Teatru Telewizji. Zagrało w niej wielu znanych aktorów, a ja byłem jednym z tych, którzy byli dopiero na dorobku. Traktowałem to jako wielkie wyróżnienie i szansę, dlatego tak bardzo występ ten zapadł mi w pamięci. Niedawno udało mi się zdobyć kasetę z jego nagraniem. Oglądając ją byłem bardzo rozczarowany swoją grą. Wiedziałem, ze po latach pewne rzeczy mógłbym zrobić lepiej. Mimo to dobrze wspominam tę rolę, podobnie jak występy w spektaklach Bogusława Schaeffera, czy mojego brata Mikołaja.

Największą popularność przyniosła jednak Panu rola Ferdka w "Świecie według Kiepskich". W jaki sposób trafił Pan do tego serialu?
AG:
To był zupełny przypadek. Na dwa tygodnie przed rozpoczęciem kręcenia trzech pilotażowych odcinków Kiepskich pojawiła się szansa zagrania w nich. Miałem akurat czas i potrzebowałem pieniędzy, dlatego postanowiłem ją wykorzystać.

Pańscy koledzy po fachu nie rozumieli tej decyzji...
AG:
Rzeczywiście wielu z nich krytykowało mnie za udział w Kiepskich. Nie rozumieli, jak aktor teatralny może grać w produkcie rozrywkowym dla mas. Jeden z kolegów powiedział mi, że on nigdy by roli Kiepskiego nie przyjął. - A zaproponowali ci ją?- odpowiedziałem mu. Po pewnym czasie ludzie przestali wytykać mi udział w serialu, a teraz zaczynają go nawet doceniać.

Wbrew pozorom granie w serialu komediowym nie należy do łatwych zadań...
AG:
Bardzo często jest to trudniejsze niż udział w sztukach teatralnych. Nie jest prosto rozbawić ludzi. Nie każdy to potrafi. Zależy to od wrodzonych predyspozycji. Jedni je mają, a inni nie. Dobry aktor komediowy jest w stanie zagrać wzruszającą rolę. Ktoś kto gra tylko w dramatach, będzie miał kłopot, żeby rozbawić widownię. Ludzie szybko poznają, że to co robi, jest sztuczne i mało śmieszne. Granie w "Kiepskich" wymaga ode mnie sporej wyobraźni. Na planie serialu ciągle musi się coś dziać. Ferdek często znajduje się w absurdalnych sytuacjach. Aby zagrać je wiarygodnie, muszę improwizować. Tego nie można nauczyć się w szkole teatralnej.

Czy często ludzie biorą Pana za Kiepskiego?
AG:
Niestety tak. Zdarza się, że kiedy idę ulicą, ktoś woła do mnie - Ferdek ho no na browara. Jest to dla mnie bardzo kłopotliwe, bo nie lubię piwa. Z naszej ekipy aktorskiej ten trunek preferuje jedynie Marzena Kipiel - sztuka grająca postać mojej serialowej żony - Halinki. Kiedyś na spotkaniu autorskim jeden z widzów po otrzymaniu autografu powiedział mi: - Dziękuję Panu również za to, że spotkałem większego idiotę od siebie. Żaden aktor nie lubi, kiedy utożsamia się go z graną postacią. Ja również nie jestem wyjątkiem i bardzo chciałbym odciąć się od Ferdka. Był to jeden z powodów, dla którego przyjąłem rolę w "Złotopolskich". Chciałem, aby ludzie łączyli mnie również z innymi, mniej śmiesznymi postaciami.

"Świat według Kiepskich" cieszy się niesłabnącą popularnością...
AG:
Ogląda nas sporo ludzi. Z przeprowadzonych badań wynika, że są to głównie osoby z wykształceniem podstawowym i wyższym. Ci ze średnim uznają nasz serial za zbyt głupi. Ja tak jednak nie uważam. Często za tym absurdem, jaki prezentujemy kryje się ukryty sens. Aby go uchwycić, należy regularnie oglądać "Świat według Kiepskich". Ktoś kto robi to sporadycznie, może uznać, że jest on bezsensowny.

Niedawno z serialu odszedł Bartosz Żukowski grający rolę Waldusia. Co było powodem tej decyzji?
AG:
Wpłynęły na nie względy osobiste, o których nie chciałbym mówić. Ja również zastanawiałem się nad rezygnacją z serialu. Mało kto zdaje sobie sprawę, jak ciężka i stresująca jest to praca. Szkoda by mi było rozstawać się z "Kiepskimi". Za bardzo się do nich przyzwyczaiłem. Poza tym pozbawiłbym pracy sporą grupę ludzi, tworzących to widowisko. O ile można jakoś wytłumaczyć zniknięcie Waldusia, to bez Ferdka "Świat według Kiepskich" przestałby istnieć. Dla wielu wielbicieli byłoby to spore rozczarowanie.

Wysłuchał: Michał Wojak


Aktor uniwersalny
Andrzej Grabowski
urodził się pięćdziesiąt trzy lata temu w Chrzanowie. Jest absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, którą ukończył w 1974 roku. To właśnie z tym miastem związał swoje życie. Tu mieszka i gra na scenie Teatru im. Juliusza Słowackiego. Ma za sobą sporo ról filmowych (między innymi: "Boża podszewka", czy "Zróbmy sobie wnuka") i teatralnych, które przyniosły mu liczne nagrody na festiwalach w Toruniu, Szczecinie i Kaliszu. Widzowie kojarzą go głównie z Ferdynandem, główną postacią popularnego serialu "Świat według Kiepskich". Grabowski grał również gościnnie w innym popularnym "tasiemcu"- " Na dobre i na złe", a ostatnio zobaczyć go można w "Złotopolskich". Od niedawna krakowski aktor uczestniczy również w rozmaitych imprezach kabaretowych, na których swoją grą potrafi rozbawić nawet największych mruków.

powrót :: strona główna

Bijące serce węża

Robert Makłowicz, dziennikarz, historyk, gawędziarz i pisarz, znakomity kucharz, twórca programu "Podróże kulinarne Roberta Makłowicza" był gościem Miejskiej Biblioteki Publicznej. Chociaż może się to wydawać zaskakujace, jest kulinarnym samoukiem. Jak sam mówi, jest takim samym kucharzem jak każdy z nas, z tym, że przez lata nazbierał o wiele więcej doświadczeń... Piekarzanom jakoś trudno było w to uwierzyć.

Gotowanie to hobby Roberta Makłowicza, a jednak to właśnie ono stało się jego głównym źródłem utrzymania. Na szczęście zawsze lubił gotować.
- Mam dwie lewe ręce, a potrafię gotować. To najlepszy dowód na to, że to nie może być trudne. Skoro ja potrafię, to znaczy, że każdy może się nauczyć. A jeśli już gotować to dlaczego nie różne, czasami zaskakujące potrawy. Nie zniósłbym monotoni. Jest tyle możliwości, że nie powinniśmy wpadać w utarte schematy - twierdził gość.
W tym roku Robert Makłowicz spędził w Polsce zaledwie trzy tygodnie. To niemal cud, że pomiędzy wyjazdami do Słowenii, Hiszpanii, Austrii, Norwegii i Tajlandii znalazł czas, żeby przyjechać do Piekar. Na każdym wyjeździe poznaje tajniki kuchni. Dlatego dziś mało co potrafi go zaskoczyć. A jedak przyznaje, że są rzeczy, których nigdy nie spróbował. Na przykład nie przekonało go podane na talerzu świeże, wciąż bijące serce węża...

- Niektóre rzeczy są dla mnie szokujące, ale przecież w innych kulturach niż nasza, są to potrawy całkowicie normalne. Popularne u nas flaki mogą wzbudzić obrzydzenie Anglosasów. Z drugiej strony Polacy zapewne nie uznaliby jamajskiej kuchni, w której największym przysmakiem jest gotowana głowa kozy.Na Ekwadorze ludzie zjadają pieczone świnki morskie. Świat jest pełen zaskakujących niespodzianek - śmieje się wyśmienity kucharz - Zresztą wystarczy się rozejrzeć do okoła. Otacza nas wiele obrzydliwych rzeczy. Na przykład kechup. Przecież w większości wypadków on nigdy nawet nie widział pomidorów. Nie wiem z czego oni go robią, może ze starych opon. A jednak zajadamy się paskudnymi zapiekankami oblanymi gęstym, czerwonym płynem. A jak to wszystko razem cuchnie!

Nie uznaje kompromisów. Nie gotuje specjalnie dla dzieci. Albo zjedzą to co przygotował, albo muszą sobie radzić same. Nie widzi najmniejszego powodu na to, żeby dla nich mniej mniej przyprawiać. Nie można ich przecież pozbawiać wrażeń smakowych. Nawet najostrzejsza potrawa jeszcze nikomu nie zaszkodziła. O wiele gorsze są chipsy, którymi młodzież obiada się regularnie. I CocaCoca. Lepiej już podać do obiadu lampkę wina. Nawet dzieciom. Na pewno wyjdzie zdrowiej, a wcale nie wyrosną na alkoholików. Kultury picia też trzeba się nauczyć i lepiej jeśli stanie to się w domu, niż po szkole z kolegami, na ławce w parku.

- Nie idę na żadne kompromisy i moje dzieci jedzą potwornie ostre rzeczy. Czasami są to nawet potrawy ekstremalne. Nigdy nie narzekają. Zdąrzyły się już do tego przyzwyczaić - twierdzi Robert Makłowicz - A wino? Wino nie jest złe. Z o wiele gorszymi rzeczami można zetknąć się nawet w... harcerstwie. Córka koleżanki dała mi przepis na "wiaderko druha". Do wiadra trzeba wlać: wino owocowe, nalewkę babuni, czystą wódkę, piwo, pepsi, sok z czarnej porzeczki, kilka puszek redbulla. Do tego dodajemy wszystko co zostało po ostatnim ognisku, mocno mieszamy i już można napełniać manierki. Nie polecam.
Wiele emocji wzbudził kontekst religijny. Okazuje się, że wiara ma ogromny wpływ na kuchnię. Katolicyzm nie zabrania jedzenia żadnych potraw, nie ma ograniczeń, więc kuchnia jest ciekawa i urozmaicona. Gorzej jeśli ze względów religijnych nie wolno jeść jakiegoś gatunku mięsa, czy pić wina. Nagle wybór potraw staje się ograniczony. Niestety chociaż w Polsce wybór jest duży, nie potrafimy celebrować posiłków.
- Pościg za pieniędzmi, nieustanne zabieganie pozbawiły nas tego pięknego rytuału. Jedzeniem można się cieszyć, delektować. W niektórych krajach ludzie potrafią to robić - uważa Robert Makłowicz.

Jest jeszcze jedna rzecz, z której większość osób nie zdaje sobie sprawy. Wiedzą o tym głównie kobiety. Gotowanie to naprawdę ciężka praca. Mężczyźni, którzy gotują od czasu do czasu nie potrafią tego zrozumieć. Mają kaprys, to próbują swoich sił w kuchni. Wyjdzie to dobrze, nie wyjdzie, też nic się nie stało. Tymczasem kobiety nie mają wyjścia. Muszą gotować i musi im to wychodzić, bo rodzina przecież musi coś zjeść. A przecież jeśli jest się do czegoś zmuszanym, to z czasem przestaje się to lubić. Nic dziwnego, ze kobietom przestaje to sprawiać przyjemność. A mężczyzni i tak zawsze powiedzą, że to właśnie oni są najlepszymi kucharzami i szefami kuchni na świecie.
- Głównie dlatego, że szef kuchni to prawie jak marynarz. Kilkuletni kontrakt w Bejrucie, potem Indochiny, a potem jeszcze coś innego. Kobiecie trudno się zdecydować na takie życie - mówi Robert Makłowicz.

Co dalej? Robert Makłowicz dalej będzie robił to co kocha. Jeździł po krajach na całym świecie, zdobywał nowe przepisy i uczył nas jak gotować. Z pewnością nie zaniecha pisania, o którym mówi, że jest dla niego najważniejsze.
- Jest jeszcze wiele miejsc, do których nie dotarłem. Możecie Państwo odetchnąć z ulgą, bo telewizja nie płaci za moje podróże. Najczęściej jeździmy na zaproszenie miejscowych rządów, czy organizacji turystycznych, dla których jest to świetna promocja i reklama. Dlatego jest szansa, że nowych miejsc i przepisów nie zabraknie.

powrót :: strona główna

Chciałam być Nel

Rozmawiamy z Dorotą Segdą, wybitną aktorką teatralną i filmową

Przegląd Piekarski: Jak to się stało, że została pani aktorką?
Dorota Segda: Zawsze chciałam być aktorką. Kiedy miałam siedem lat, na ekrany wszedł film "W pustyni i puszczy". Strasznie żałowałam, że to nie ja zagrałam Nel. Zbierałam wszystkie zdjęcia, jakie ukazywały się w prasie. W domu często zamykałam się w łazience i powtarzałam cieniutkim głosikiem, takim jak tamta dziewczynka: "Dzień dobry kochany słoniu. Prawda, że nie zrobisz mi nic złego?" Wtedy napisałam też mój jedyny w życiu wiersz: "Saba szczeka, Nel ucieka, a Staś strzela ze sztucera". Potem nie miałam już innego wyjścia jak tylko zostać aktorką.

PP: I udało się. Pamięta pani wszystkie swoje role?
DS: Tych ról, zwłaszcza teatralnych było bardzo dużo. Po skończeniu szkoły teatralnej grałam dwadzieścia pięć przedstawień w miesiącu. Te wszystkie role zostały we mnie, w mojej krwi. Niektóre z nich są mi bardziej bliskie, inne mniej. Cenię sobie moje filmowe kreacje w "Faustynie" i w "Tato", a także tatralne występy w "Fauście" i "Ślubie". Moją ukochaną rolą jest mały, żydowski chłopiec z przedstawienia "Sędziowie". Jest we mnie Faustyna i Małgorzata z "Fausta".

PP: A jest miejsce dla Agaty Kwiecińskiej z serialu "Na dobre i na złe"?
DS: Dla wielu osób pozostanę na zawsze dyrektorką szpitala Agatą Kwiecińską. To właśnie dzięki roli w serialu najczęściej ludzie poznają mnie na ulicy. Nie da się ukryć, że to telewizja przynosi popularność, bo większość z tych osób, które rozpoznają mnie jako dyrektorkę szpitala prawdopodobnie nigdy nie widziało mnie w na scenie teatru. A jednak jestem właśnie aktorką teatralną i zawsze nią pozostanę. To dla mnie najważniejsze. Chociaż lubię spotkania z kamerą miałam wątpliwości, czy zagrać w serialu "Na dobre i na złe". W końcu stwierdziłam, że nie mogę zapomnieć, jak kamera w ogóle wygląda. Poza tym to też kwestia zdobywania kolejnego doświadczenia i poprawiania swojego warsztatu. Praca w teatrze i filmie bardzo się różni.To zupełnie inny rodzaj emocji. W teatrze ma się rolę przygotowaną. Próby trwają trzy miesiące i spektakl jest po prostu zrobiony. Rolę gra się później ze sto razy. Są pewne różnice, ale jest to wciąż ta sama rola, grana ciągle tak samo. W filmie często mamy do czynienia ze sztuką improwizacji, szybkiego utożsamienia się z postacią. To zupełnie inna praca.

PP: Jest jakaś rola, o której pani marzy?
DS: Ile razy marzyłam w życiu o jakiejś roli, to przechodziła mi ona koło nosa i to w spektakularny sposób. Zawsze marzyłam o roli Julii. To była rola dla mnie.W tamtym czasie grałam także Ofelię w przedstawieniu Andrzeja Wajdy. Pojechaliśmy z tym przedstawieniem do Nowego Jorku i tam przyszedł do nas Stanisław Barańczak, poeta i tłumacz. Postanowiliśmy, że "Romeo i Julię" zagramy w jego tłumaczeniu. Kiedy wróciłam po wakacjach do Teatru Starego, tłumaczenie mojej roli już na mnie czekało. Nagle okazało się jednak, że próby nigdy się nie odbędą i spektaklu nie zrealizowano. Wszystkie wspaniałe role, które udało mi się zagrać, spadły na mnie niespodziewane. Czekam więc na jakąś piękną, zaskakującą rolę...

PP: Nie boi się pani nowych wyzwań. Pani głos można usłyszeć w filmie animowanym "Iniemamocni"...
DS: Było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie i wcale nie było łatwo. Ale cieszę się, że spróbowałam. Dzięki takim wyzwaniom człowiek nie popada w rutynę.

PP: Nie zabiega pani o popularność...
DS: To nie jest tak, że nie lubię popularności, po prostu nie lubię bywać na galach typu Telekamery. Nie lubię wyszukiwania sensacji przez kolorowe pisma i wywlekania życia prywatnego. Za to uwielbiam bawić się i spędzać czas z przyjaciółmi.

PP: Pracuje pani w teatrze w Krakowie, a w Warszawie kręci odcinki serialu. Jak długo można żyć na walizkach? Czy wciąż ciągnie panią na scenę jak kiedyś?
DS: Czasem jest trudno, ale staram się nie zwariować w tym wszystkim. Nie jestem pracoholiczką. Owszem, że przez parę lat bywałam bardzo często w Warszawie, bo miałam etat w Teatrze Narodowym. Kiedy poczułam, że mogę zwariować, wróciłam do Krakowa. To miasto wybrałam na miejsce życia i nie potrafię bez niego żyć. Najwięcej grałam w teatrze zaraz po studiach, czasami dwa przedstawienia dziennie. Myślę, że każdy aktor ma w swoim życiu etap, kiedy przechodzi do grania zupełnie innych ról. Ja nie mogę grać już całkiem młodych dziewcząt, podlotków, ale także nie nadaję się jeszcze na babcię czy ciotkę.

PP: Aktorzy zawsze mają w zanadrzu jakieś zabawne historie, anegdoty...
DS: Wiele anegdod wiąże się z Faustyną. Kiedyś jedna kobieta pyta mnie zupełnie poważnie: "siostrzyczko, no co to się stało?". Podczas pielgrzymki papieża do Łagiewnik zobaczył mnie młody brat i krzyknął: Matko Boska! Jednego dnia Ojciec Święty i pani Dorota. Dużo się dzieje i czasami trafiają się zabawne sytuacje. Aktorom przydarzają się również straszne rzeczy. Pamiętam, że kilka lat temu grałam w Teatrze Starym w spektaklu Czechowa. Dzieliłam jedną garderobą z Hania Dymną. Ania miała taką suknię, której tren, zrobiony z siateczki, był bardzo udrapowany. Do trenu przyczepił się biustonosz, a ona tego nie zauważyła i wyszła tak na scenę. Wyliśmy ze śmiechu za sceną, a widzowie byli całkowicie zdezorientowani widokiem takiej sukni. Na brak wspomnień nie mogę więc narzekać, a co roku dochodzą jakieś nowe, czasmi ciekawe, innym razem śmieszne historie...

PP: Ma pani swoją receptę na szczęście, którą można polecić?
DS: Robić w życiu to co się kocha, to najważniejsze. Reszta sama przyjdzie.

KAT


powrót :: strona główna

Pisarze nowej ery

Są młodzi, utalentowani i pełni pomysłów. Choć zdobyli uznanie literackich krytyków, to uważają, że nie różnią się niczym od swoich rówieśników. Jaki naprawdę jest Wojciech Kuczok i Sławomir Shuty? Przekonali się o tym wszyscy, którzy przyszli na spotkanie z tymi młodymi pisarzami, zorganizowane w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Piekarach Śląskich.

Klną zgodnie z prawdą

Już po raz trzeci mieszkańcy naszego miasta mieli możliwość poznania znanych twórców literatury. W poprzednich miesiącach piekarską bibliotekę odwiedzał Rafał Ziemkiewicz i Bogusław Wołoszański. Tym razem postanowiono zaprosić młodych pisarzy, którzy dopiero zdobywają uznanie mas. Widać to było po frekwencji, o wiele niższej niż na poprzednich spotkaniach autorskich. Ci, którzy przyszli do biblioteki, z pewnością nie żałowali swojej decyzji. Poznali nietuzinkowych ludzi, tworzących wyjątkowe, często kontrowersyjne dzieła, po które coraz chętniej sięgają Polacy.
Na wstępie spotkania Wojciech Kuczok i Sławomir Shuty, zaprezentowali piekarzanom fragmenty swoich książek, które w najbliższej przyszłości powinny pojawić się w księgarniach. Słuchaczami wstrząsnął dość specyficzny styl zaprezentowanej im prozy, w której mnożą się dosadne stwierdzenia i wulgaryzmy.
- Czy ich obecność jest konieczna? - to pierwsze pytanie, jakie skierowano do młodych artystów. Chętnie sięgający po przekleństwa Sławomir Shuty odpowiedział: - To tylko konwencja przyjmowana dla wiernego oddania opisywanej rzeczywistości. Ludzie często klną i niekiedy pisząc o nich, trudno jest pominąć ten fakt.

Gnój ku przestrodze
Bardziej niż kwestiami językowymi, publiczność była zainteresowana twórczością pisarzy, których miała przed sobą. Wojciech Kuczok to autor wstrząsającej powieści "Gnój". To właśnie za nią otrzymał prestiżowe nagrody literackie. Ona także utorowała mu drogę do kariery. Piekarzanie zastanawiali się, czy wstrząsająca opowieść o bitym przez ojca chłopcu, można uznać za powieść antyrodzinną.- Wręcz przeciwnie. To jest książką napisana obronie rodziny. Ma być przestrogą dla ludzi zakładających swoje rodziny, aby uważali z kim się wiążą i wzięli pod uwagę fakt, że patologiczne sytuacje nie muszą dotyczyć biednych ludzi - stwierdził Kuczok.
Jego zdaniem "Gnój" jest antybiografią. Jej napisanie było możliwe po osiągnięciu przez autora odpowiedniego wieku. Dopiero wtedy mógł napisać o dzieciństwie, znacznie różniącym się od własnego. Nie oznacza to jednak, że opisane w debiutanckiej powieści Kuczoka sytuacje, nie znajdują pokrycia w rzeczywistości. - Wiele osób odnajduje w niej epizody z własnego życia. Różnica jest jednak taka, że tym ludziom udało się uciec od nurtujących ich problemów. Mój bohater zaś przez nieszczęśliwe dzieciństwo nie jest w stanie normalnie funkcjonować - powiedział laureat nagrody NIKE.
W opinii Kuczoka jego najpopularniejsze dzieło nie dotyczy wyłącznie Śląska.
- Problemy w niej zawarte nie są związane z konkretnym miejscem. Pokazałem to w "Pręgach", będących dopełnieniem książki. W obrazie tym poruszane są podobne kwestie, a przecież film nie nawiązuje w żaden sposób do Śląska. To, że opisałem go w negatywny sposób w "Gnoju", było moim prawem, bo pochodzę z tego regionu. Tu się wychowałem i tu żyję. Nie zamierzam uciekać przed konsekwencjami, jakie wywołać mogła moja powieść - zapewnia autor "Opowieści słuchanych".
Uniwersalność najpopularniejszej książki Kuczka potwierdził również Sławomir Shuty. - Dla mnie przeczytanie książki Wojtka było wstrząsającym przeżyciem. Choć wywodzę się z normalnej rodziny, to w osobie starego K zobaczyłem swojego ojca, który regularnie bił moich braci. Jedynie mi się upiekło i tak się zastanawiam, czy nie wyszło mi to na złe, bo moje rodzeństwo wyszło na ludzi, a ja jestem czarną owcą w rodzinie - wyznał Shuty.

Łopata kopalnią pomysłów
Ta wypowiedź pokazała, jak bezpośrednim człowiekiem jest krakowski pisarz, który mówi wprost o swoich przeżyciach. Tak właśnie zrobił pisząc "Zwała".
- Napisałem powieść, bazując na własnych doświadczeniach, które wyniosłem z pracy w banku. Chciałem pokazać, w jaki sposób w obecnych czasach wykorzystuje się ludzi, każąc im pracować ponad siły i niszcząc im życie - stwierdził Shuty.
Mimo że problemy opisane w "Zwale" dotyczą około 70 procent społeczeństwa, to jednak jego autor, znany przeciwnik konsumpcjonizmu, nie uważa, aby był to manifest poglądów. - Pisałem go z myślą o sobie, tak, jak dla siebie rzuciłem pracę w banku. Wiem jednak, że moje przeżycia nie są wyjątkowe. Wielu ludzi ma podobne problemy, jakie ja miałem kiedyś. Nie chcę ich do niczego przekonywać. Uważam, że każdy sam powinien zagospodarować swoje poletko. Staram się jednak zachęcać ludzi do działania zgodnego z własnymi przekonaniami. Uważam, że nie można robić niczego wbrew sobie, bo to czyni człowieka nieszczęśliwym - mówił autor "Cukru w normie".
Pisarz posiada nie tylko mnóstwo ciekawych pomysłów, ale także w oryginalny sposób ich poszukuje. Okazuje się bowiem, że o ile Wojciech Kuczok koncentruje się tylko na pisaniu książek, Shuty pisanie łączy z ciężką pracą fizyczną, która jest źródłem jego wielu pomysłów.
- Praca fizyczna nie jest mi obca. Przez pewien czas moim narzędziem pracy nie był komputer, ale łopata. Kiedy kopałem różne doły, pozwalało mi to oczyścić myśli. Dzięki wysiłkowi pomysły same wpadały mi do głowy. Wystarczyło tylko je rozwinąć i zapisać - zwierzał się tegoroczny laureat Paszportu Polityki.

Pisarstwo to sport ekstremalny
Piekarskie spotkanie nie dotyczyło jednak wyłącznie książek. Publiczność była również ciekawa, jak wygląda życie pisarza i czy piórem można zarobić na chleb. Zdaniem Wojciecha Kuczoka, pisarstwo to bardzo trudny zawód i trzeba wiele samozaparcia, aby go wykonywać.
- Kiedy pracowałem na etacie, nie byłem w stanie nic stworzyć. Byłem tak zmęczony, że trudno mi było coś przeczytać, a co dopiero napisać. Od pięciu lat nie pracuję. Żyję z pisania. Przez długi czas był to dla mnie sport ekstremalny. Ledwo wiązałem koniec z końcem, co bardzo mnie przygnębiało, bo mam na utrzymaniu rodzinę. Spokój w moim życiu panuje od około roku, po sukcesie "Gnoju". Dzięki niemu udało mi się uzyskać stabilność finansową, która pozwala mi na skoncentrować się na pisaniu - stwierdził Kuczok.
Podobne doświadczenie miał też drugi z zaproszonych gości. - Do końca poprzedniego roku musiałem pracować, aby znaleźć środki na utrzymanie. Po otrzymaniu Paszportu Polityki postanowiłem skupić się na kilku projektach, które od dawna chciałem zrealizować. Nie mam zbyt dużych pieniędzy, ale też i moje potrzeby są dosyć skromne. Na razie skupiam się na tym, co lubię robić. Co będzie dalej, zobaczymy - mówił Sławomir Shuty.
Wielu ludzi marzy o tym, żeby pisać. Nic więc dziwnego, że na zakończenie spotkania padło pytanie o sposób, jak można zostać pisarzem.- Nie ma skutecznej recepty. Trzeba wierzyć w siebie i starać się, aby ktoś zauważył nasze prace. Warto rozsyłać swoje teksty do gazet i wydawnictw. Penetrować każdy zakątek literacki w kraju. Jeżeli starczy nam wytrwałości i talentu, to przy odrobinie szczęścia można osiągnąć upragniony cel - zapewnił Shuty.

Tekst: Michał Wojak


Postać totalna
Sławomir Shuty
urodził się w 1973 roku w Nowej Hucie (stąd przybrane nazwisko). Jest pisarzem, reżyserem i fotografem, a także zdeklarowanym przeciwnikiem kosumpcjonizmu. To postać totalna, jak mówią o nim znajomi. Ukończył krakowską Akademię Ekonomiczną, aby, jak mówi, wspierać jedną z religijnych sekt, której przez pewien czas był członkiem. Pracował w banku. Był przedstawicielem handlowym, logistykiem i magazynierem. Praca pozwoliła mu przekonać się na własnej skórze czym jest kapitalizm korporacyjny. I ona skłoniła go do walki z nim. Robił to za pomocą słowa, publikując na łamach "Rastry", "Lampy i Iskry Bożej", czy "Ha!rtu", ale również czynem, biczując się parówkami w hipermarkecie.
Jako pisarz debiutował w roku 1999 tomem opowiadań "Nowy wspaniały smak". W kolejnych latach przyszedł czas na : "Blok"( wydany w 2001 roku), "Cukier w normie" (2002 rok) i powieść internetową "Blok" ( można ja znaleźć pod adresem: www.blok.art.pl ). Ostatnia książką Shutego jest "Zwał", uznany za najbardziej nieprzyjemną książkę sezonu. To właśnie ona przyniosła mu tegoroczny Paszport tygodnika Polityka, dzięki któremu o młodym pisarzu z nowohuckich blokowisk wreszcie zrobiło się głośno.


Talent zza miedzy
Wojciech Kuczok
urodził się w 1972 roku w Chorzowie i obecnie mieszka w tym mieście. Pisorz , jak lubi o sobie mówić, jest absolwentem kulturoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim. Uznaje się go za jednego z najbardziej utalentowanych pisarzy młodego pokolenia. Debiutował w roku 1996 tomikiem poezji "Opowieści samowite". Pierwszy raz głośno o nim zrobiło się trzy lata później, kiedy to za zbiór opowiadań "Opowieści słychane", nominowano go do literackiej nagrody NIKE. Otrzymał ją w roku 2004 za debiutancką powieść "Gnój". Wcześniej książka ta została wyróżniona Paszportem Polityki. Paradoksalnie o jego dokonaniach pisarskich, stało się głośno dzięki filmowi "Pręgi", do którego napisał scenariusz. Debiut reżyserski Magdaleny Piekorz zapewnił jej Złote Lwy, nagrodę na festiwalu filmowym w Gdyni, a dzieła Kuczoka ( do których zaliczyć można również "Szkieleciarki" i "Widmokręgi" ) zaczęły cieszyć się ogromnym powodzeniem.


Gnój
Gnój jest historią dorastania Małego K., jedynaka wychowywanego w śląskim miasteczku w epoce PRL-u. Książka opisuje strach, jaki towarzyszy jej bohaterowi od początku istnienia. Strach przed rodzicami, a zwłaszcza ojcem, Starym K., który poddaje syna systematycznej tresurze. Ciągłe poczucie zagrożenia, kłótnie rodziców, sprawiają, że w Małym K. rodzi się pragnienie unicestwienie rodzinnego domu. Marzeniem dziecka, jest nadejście wojny, która pochłonie tylko jedną ofiarę - Starego K.


Zwał
Najnowsze dzieło Sławomira Shutego, jest utrzymaną w formie codziennych zapisków, opowieścią o losach młodego pracownika działu obsługi klienta w wielkim, zagranicznym, banku. Jej bohaterami są ludzie, którzy stali się towarem na rynku pracy i są wykorzystywani przez pracodawców, jako środek do osiągnięcia upragnionego zysku. Książka jest pełnym zjadliwego humoru i współczesnej nowomowy, protestem przeciwko uprzedmiotowianiu jednostek pozbawiającym ich własnej tożsamości i życiowego celu.

powrót :: strona główna

Spotkanie z sensacją

Twórca rewelacyjnego programu telewizyjnego "Sensacje XX wieku", dziennikarz śledzący historyczne wydarzenia, które do dziś pozostają owiane mgłą tajemnicy, tropiący ślady wydarzeń, które odmieniły bieg historii, Bogusław Wołoszański przyjechał w grudniu do Piekar Śląskich, aby spotkać się z miłośnikami historii i zaprezentować im swoją najnowszą książkę zatytułowaną "Twierdza szyfrów".

Spotkanie zorganizowane zostało jak zwykle w Miejskiej Bibliotece Publicznej. Jej pracownicy nie kryli zadowolenia, że udało im się doprowadzić je do skutku, mimo napiętego rozkładu zajęć przybyłego gościa.
- Bogusław Wołoszański jest człowiekiem ciągle podróżującym w poszukiwaniu materiałów na kolejne publikacje. Cieszymy się, że znalazł chwilę czasu, by spotkać się z piekarzanami i opowiedzieć im o swojej twórczości, która jest przez nich bardzo lubiana i ceniona - stwierdziła Helena Warczok, dyrektorka biblioteki.

Jej słowa potwierdzała publiczność, która szczelnie wypełniła specjalnie na tą okazję przygotowaną salę. Mimo późnej pory wszyscy z ożywieniem oczekiwali na przybycie znanego dziennikarza, który od ponad dwudziestu lat opisuje rzeczywistość znaną niektórym z osobistych doświadczeń.
- Interesuję się druga wojną światową, bo zmieniła ona moje życie. Zostałem przesiedlony z Kresów, co było dla mnie i mojej rodziny prawdziwym dramatem. Wojenne wydarzenia kryją w sobie wiele zagadek i wierzę, że Wołoszański jest osobą, która ma szansę je rozwikłać - mówił z nadzieją Wiesław Krotoszyński.

Bohater wieczoru ponad dwugodzinne spotkanie z miłośnikami historii rozpoczął od krótkiego wykładu, w którym nawiązał do kulis powstawania jego najnowszej książki. Autor "Sensacji XX wieku" stwierdził, że ma ona szczególne znaczenie, bo jest pierwszą powieścią, jaka znalazła się w jego bogatym dorobku literackim. Autor chciał odkryć sekrety szpiegów amerykańskich i sowieckich, działających w okresie zimnej wojny, które do dziś są skrzętnie chronione przez oba państwa.
- Historia ta jest jedną z wielu, w których znanych jest kilka wydarzeń, a brakuje wiedzy o innych, co uniemożliwia dotarcie do prawdy. Postanowiłem zmienić ten stan i dlatego stworzyłem tą powieść. Jest ona połączeniem znanych mi faktów i moich wyobrażeń na pewne, nieudokumentowane dotąd, sprawy - powiedział Bogusław Wołoszański.

Wspomniał on również, że opisana w "Twierdzy Szyfrów" historia nie jest jedyną, która czeka na wyjaśnienie. Chociaż bowiem od czasu wojny minęło już ponad pięćdziesiąt lat, to wciąż wiele istotnych wydarzeń pozostaje dla historyków zagadką.
- Nadal nie wiemy, w jakich okolicznościach zginął generał Sikorski. Wielu z nas nurtuje pytanie o miejsce spoczywania ciała Ewy Braun, żony Hitlera, które, jak wykazano, nie było tym, jakie znaleziono przy przywódcy nazistów. Zagadką pozostają również okoliczności śmierci Heinricha Himmlera. Oficjalna wersja mówił, że otruł się w więzieniu w Lüneburgu, ale są przesłanki wskazujące, że cała sprawa była mistyfikacją i być może szefowi faszystowskiej propagandy udało się uciec. Kto wie, może stworzył on czwartą Rzeszę, która dziś nazywa się Al Kaida - pytał retorycznie Wołoszański oniemiałą z wrażenia publiczność.

Przeszkodą na drodze rozwikłania zagadek jest utrudniony dostęp do materiałów, które spoczywają w archiwach. Wiele z nich zostało opatrzone klauzulą tajności na siedemdziesiąt pięć lat. Inne zostały sfałszowane, bądź zniszczone.
- Jest bardzo prawdopodobne, że gdyby były nam znane, to wówczas historię dwudziestego wieku trzeba by pisać od początku - stwierdził bohater wieczoru.
Piekarzanie mieli wiele pytań i próbowali się dowiedzieć, w jaki sposób znany dziennikarz wyszukuje swoje sensacyjne wydarzenia.
- Jest to efekt żmudnej, wieloletniej pracy - stwierdził Bogusław Wołoszański. - Kocham zwiedzać miejsca historyczne i wyszukiwać ludzi, którzy brali udział w ważnych wydarzeniach. Czytam wiele książek. Dużo czasu spędzam w archiwach i muzeach. Wszystko po to, żeby moje prace były jak najbardziej rzetelne. Moja żona zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Przestała się gniewać, że zawsze przy śniadaniu czytam jakąś książkę. Rozumie, że historia jest moja drugą miłością - stwierdził z rozbrajającą szczerością gość.

Padło wiele pytań dotyczących problemu historii Polski XX wieku, a także jej znaczenia dla losów Europy. Zdaniem Bogusława Wołoszańskiego Polacy mieli istotny wpływ na wiele kluczowych wydarzeń, jakie miały miejsce w poprzednim stuleciu, ale niestety rola ta jest niedoceniana, również przez nas samych.
- Fascynuje mnie historia zdobycia belgijskiej twierdzy Eben Emael. Ta potężna fortyfikacja broniona przez tysiąc dwustu żołnierzy została opanowana przez osiemdziesięciu niemieckich spadochroniarzy. Rozmawiałem z jednym z jej obrońców, który stwierdził, że w momencie, kiedy hitlerowcy wysadzili pancerne drzwi broniące dostępu do wnętrza fortecy, on i jego koledzy zrozumieli, że mogą zginąć i natychmiast się poddali. Słysząc to pomyślałem o Westerplatte, gdzie proporcje były odwrotne, a mimo to nasi żołnierze dzielnie stawiali twardy opór. W chwili obecnej wielu polskich historyków umniejsza zasługi i znaczenie tego wydarzenia. Jest to przykład na to, że nie dbamy o swoją historię, co jest bardzo niepokojącym zjawiskiem - uważa Bogusław Wołoszański.

Na zakończenie przedstawiciele piekarskiego stowarzyszenia Pro Fortalicium zajmującego się renowacją powojennych bunkrów i fortyfikacji opowiedzieli o odrestaurowanym przez nich schronie bojowym w Dobieszowicach, wchodzącym w skład Obszaru Warownego "Śląsk", przedwojennej linii umocnień. Zaproponowali twórcy "Sensacji XX wieku" poświęcenie jej jednego z odcinków popularnego programu i kto wie, być może w przyszłości Bogusław Wołoszański ponownie przyjedzie do Piekar.

Michał Wojak


Londyński przełom
Bogusław Wołoszański
urodził się w 1950 roku w Piotrkowie Trybunalskim. Ukończył prawo i podyplomowe dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1973 roku jest etatowym pracownikiem Telewizji Polskiej. Dziesięć lat później ukazał się jego pierwszy program z cyklu "Sensacje XX wieku', który od razu zyskał sobie ogromne uznanie publiczności i do dziś cieszy się niesłabnącą popularnością. W 1985 roku wyjechał, jako korespondent radia i telewizji do Londynu. Jego zdaniem było to przełomowe wydarzenie, które pozwoliło mu dotrzeć do najciekawszych archiwów i muzeów. W 1990 roku ukazała się jego pierwsza książka będąca zapisem telewizyjnych programów. Od 1994 roku regularnie publikuje kolejne prace o wielkich wydarzeniach dwudziestego wieku (wśród nich znajdują się: "Sensacje XX wieku - druga wojna światowa", "Ten okrutny wiek", "Tajna wojna Hitlera", "Tajna wojna Stalina"). Wszystkie osiągnęły ogromny sukces wydawniczy i przez długi czas okupowały czołowe miejsca na listach bestsellerów. Jest również autorem "Encyklopedii drugiej wojny światowej".


Twierdza Szyfrów
Najnowsza powieść Bogusława Wołoszańskiego przenosi czytelnika w rok 1945 i zdradza strzeżone sekrety II wojny światowej. Niemiecka bomba nuklearna, tajemnicze urządzenie nazywane ryba-miecz, służące Niemcom do odczytywania rosyjskich szyfrogramów, dramatyczny wyścig amerykańskiego i radzieckiego wywiadu o jego pozyskanie - wszystko to posłużyło znanemu historykowi do stworzenia niezwykłej opowieści o ludziach biorących udział w tamtych wydarzeniach. Akcja książki rozgrywa się w Nowym Jorku, Paryżu, na zamku Czocha i w tajemniczym kompleksie "Riese" w górach Sowich, którego częścią są lochy zamku Książ. Każde z tych miejsc ma istotny wpływ na skomplikowany układ zdarzeń, które wpłynęły na bieg powojennej polityki największych mocarstw świata.


Klub Sensacji XX wieku
Popularność Bogusława Wołoszańskiego, widoczna także na piekarskim spotkaniu, skłoniła go do stworzenia Klubu Sensacji XX. Skupia on miłośników historii, którzy podobnie, jak znany dziennikarz, chcą aktywnie działać, aby wiele wydarzeń ważnych dla losów Polski i Europy nie odeszło w niepamięć. Działalność organizacji skupia się głównie na prowadzeniu forum internetowego, na którym klubowicze mogą wymieniać się poglądami i spotykać z pomysłodawcą tego przedsięwzięcia. Ci, którym nie wystarczają internetowe dyskusje, biorą udział w corocznych zlotach Przyjaciół Klubu Sensacji XX Wieku w Gierołży. Oprócz tego tworzone są regionalne oddziały Klubu. Do tej pory założono je w Poznaniu, Gdańsku, Warszawie i Szczecinie. Ich członkowie spotykają się cyklicznie i organizują wspólne wypady w historyczne miejsca.
Jedną z ciekawszych inicjatyw Klubu jest akcja odtwarzania jednostek bojowych z okresu drugiej wojny światowej. Mogą oni również uczestniczyć, jako statyści, w realizacji kolejnych programów z cyklu Sensacje XX wieku.
Aby zostać członkiem Klubu, wystarczy wypełnić i wysłać specjalny formularz. Jest on dostępny pod adresem: www.tvp.com.pl/sensacjexxw/serwis.asp

Copyright © 2006/2007 Krzysztof Turzański